Kino / Teatr Magazyn 

SIEĆ W DOMU, SPIDEY – RECENZJA FILMU „SPIDER-MAN: HOMECOMING”

„Jaki to wspaniały film!” – powtarzałem sobie po każdym kolejnym seansie “Niesamowitego Spider-mana”. Spośród powstałych do tej pory adaptacji, tylko ten jeden film w pełni mnie usatysfakcjonował. Po obejrzeniu “Homecoming”moja opinia nie uległa zmianie.

Podejść do opowiedzenia historii Człowieka-pająka było naprawdę wiele. Najpierw trylogia Sama Raimiego utrzymana w stylistyce kiczu, z karykaturalnym aktorstwem, fatalnymi wątkami romantycznymi i mało naturalnymi dialogami. Przedwcześnie zakończona seria pozwoliła powstać “Niesamowitemu Spider-manowi”, któremu bliżej do trylogii Nolana o Batmanie niźli campu zaproponowanego przez reżysera “Martwego zła”. Młodsza i inaczej instruowana obsada urealniła przedstawiane wydarzenia, a reżyser, Marc Webb, bazując głównie na komiksach spod szyldu “Ultimate”, stworzył dojrzałe, acz wciąż mocno rozrywkowe kino superbohaterskie, dodając przy tym swoje trzy grosze do nurtu feminizującego, a to za sprawą silnej bohaterki kreowanej przez Emmę Stone.

Gdy jednak dwa lata później przyszła pora na kontynuację, Sony, chcąc nadgonić ekspansywne osiągnięcia MCU, postanowiło stworzyć własne uniwersum, a najnowszy film uczynić pełnometrażowym zwiastunem. Upychając do “Niesamowitego Spider-mana 2” aż trzech przeciwników, powtórzono błąd z finału trylogii Raimiego. Zmieniono całkowicie również ton produkcji – znów mogliśmy oglądać pstrokate kostiumy, durne dialogi i zinfatylizowane relacje między bohaterami. Tę serię również anulowano, stawiając pod znakiem zapytania przyszłość postaci. Finalnie trafiła pod strzechy Marvela i została włączona do cyklu o Avengerach. Spider-man swój pierwszy występ zaliczył w “Kapitanie Ameryce: Wojnie bohaterów”, “Homecoming” jest jego pierwszym solowym filmem. I jest to kolejna odsłona, która rozczarowuje.

Być może to przez wzgląd na moją ogromną sympatię dla tego bohatera, być może przez przywiązanie do początkowej wizji Marca Webba albo ogólnej niechęci do MCU, ale film Jona Wattsa uważam za miałki i nudny. Przede wszystkim mam problem z taśmowością produkcji, w jaką popadł Marvel, mimowolnie powodującą schematyzm. Praktycznie każdy ich kolejny film wygląda jak napisany od linijki, korzystający z lukratywnej recepty na równowagę między powagą a humorem. Większość historii zawiera podobne rozwiązania fabularne i, co najgorsze, kiepskie czarne charaktery.

“Homecoming” próbuje uwieść widza postawieniem na bohatera w bardzo młodym wieku, co samo w sobie jest prawdziwie odświeżające zużytą formułę, jednak czyni tym samym ze Spider-mana nieopierzonego głupka, zapatrzonego w Ironmana, a z fabuły okropną kliszę z dawnych lat o dowodzeniu własnej wartości. Na całe szczęście Tony’ego Starka w filmie jest mniej niż sugerowały zwiastuny, ale jego rola jest kluczowa dla całości, a od jego słów i działań zależy cały bieg historii. Peter Parker, czy to w cywilu, czy kostiumie (osoby, które miały wielki problem z częstym odkrywaniem twarzy przez inkarnację Garfielda, tu osiwieją ze złości) wyłącznie albo śmieszkuje, albo pokazuje, jak bardzo sobie nie radzi z byciem herosem. “Homecoming” jest w zasadzie komedią z elementami akcji. Co prawda sceny pojedynków są rzecz jasna obowiązkowo całkiem widowiskowe i potrafią cieszyć oko, ale z wypełnieniem ich emocjami twórcy już sobie nie poradzili. Zwłaszcza, że to, co się w owych scenach dzieje jest zwyczajnie głupie.

Mimo całej mej niechęci, muszę przyznać, że pojawiający się tam Vulture to najlepszy złoczyńca w całym kinowym uniwersum. Grający go Michael Keaton jest rzecz jasna rewelacyjny (akurat co do castingu w MCU raczej nigdy nie miałem zastrzeżeń), dzięki czemu jego Sęp jest nie tylko groźny, ale przede wszystkim prawdziwy. Kieruje się on przyziemną, ale przez to wiarygodną motywacją. Do tego jego kostium z szacunkiem odnosi się do komiksowego pierwowzoru, z sukcesem przekształcając go w bardziej nowoczesny i mniej kiczowaty.

Cały konflikt schodzi niestety na dalszy plan, bowiem dla Wattsa istotniejsze jest pokazywanie prywatnego życia Petera i rozmów z jego pierdołowatym kolegą. Nieciekawe to, mało zabawne i pozostawiające ogromny niedosyt. Zgodnie z moimi oczekiwaniami Spider-man jako część MCU upodobnił się do reszty tamtejszych bohaterów, infantylizując historię z nieskończonym potencjałem. Okazuje się jednak, że z wielką mocą przychodzi już jedynie wielki zysk z biletów.

Zobacz film w Cinema City:

Related posts

Leave a Comment