Kino / Teatr Magazyn 

Beksińskim być – „Beksińscy. Album wideofoniczny”, recenzja

W ostatnich latach rodzina Beksińskich stała się gorącym tematem na polskiej scenie artystycznej. W ciągu 4 lat doczekaliśmy się aż 3 dzieł na ich temat. Najpierw w 2014 roku otrzymaliśmy książkę Magdaleny Grzebałkowskiej pt. „Beksińscy. Portret podwójny” skupiającą się na charakterach Zdzisława i Tomka oraz ich relacji. Następnie w 2016 roku swoją wizję przedstawił nam Jan P. Matuszyński w filmie „Ostatnia rodzina”. Jego dzieło pokazuje nam ich codzienność i to jak funkcjonowała ta tak zwana przeklęta rodzina, przez co osiągnięcia Zdzisława czy Tomka zostały zepchnięte na drugi plan, a wybrzmiewa postać Zofii. W tym roku Marcin Borchardt przedstawia nam film dokumentalny „Beksińscy. Album wideofoniczny”, który w większości przedstawia nam obrazy nagrane przez samego Zdzisława Beksińskiego. Zaczynamy poznawać Beksińskich na chwilę przed przyjściem na świat potomka Zofii i Zdzisława. Następnie film pokazuje dzieciństwo Tomka w Sanoku oraz początki kariery malarskiej jego ojca. Po pewnym czasie przeprowadzamy się do Warszawy i tam większość czasu spędzamy w mieszkaniu Beksińskich, obserwując malującego Zdzisława, sprzątającą lub gotującą Zosię i próbującego odnaleźć siebie Tomka. Towarzyszymy im aż do śmierci każdego z nich W przeciwieństwie do filmu Matuszyńskiego dzieło Borchardta przedstawia nam obraz znacznie spokojniejszej rodziny, która nadal boryka się z tymi samymi problemami, są one tu przedstawione jednak znacznie subtelniej.

Gdy w „Ostatniej rodzinie” zdarzało mi się odczuwać dyskomfort obserwując tak intymne sfery życia Beksińskich, tutaj czułem się swobodnie mając świadomość że wizja reżysera nie przekracza granic prywatności. Życie płynie tu tak spokojnie i naturalnie, że w niektórych momentach widz może się poczuć niemal jak członek rodziny. W większości scen jeden z Beksińskich prócz uczestnictwa w rozmowie, był również operatorem kamery, co wzmacnia efekt bycia w centrum wydarzeń. Gdyby film trwał dłużej po wyjściu z kina musiałbym się mocno zastanowić czy nie nazywam się Beksiński. Film Borchardta polecam każdemu, przede wszystkim osobom, które widziały „Ostatnią rodzinę”. Jest to zupełnie inne spojrzenie na Beksińskich, spodoba się szczególnie tym dla których obraz Jana P. Matuszyńskiego zbyt demonizuje rodzinę. Dla wszystkich innych będzie bardzo dobrym filmem dokumentalnym i punktem wyjścia do zastanowienia się jak to z nimi tak naprawdę było.

9/10

Related posts

Leave a Comment