Kino / Teatr Magazyn Recenzja 

Berlinale 2018 – „Don’t Worry, He Won’t Get Far on Foot”

Najnowszy film Gusa Van Santa stanowił miłą odmianę i chwilę oddechu od, w większości miernych, filmów konkursowych. Amerykanin stworzył obraz mieszający z dużym wyczuciem komediowe elementy ze wzruszającą historią, na której mój sąsiad sobie cicho chlipał w trakcie seansu. „Don’t Worry, He Won’t Get Far on Foot” to przede wszystkim aktorski popis Joaquina Phoenixa i Jonaha Hilla (który dobrze sprawdza się w roli nietypowo poważnej jak na jego wcześniejszą filmografię). Zwłaszcza Phoenix, który łączy w swoim występie figlarność Doca Sportello z „Wady Ukrytej” oraz introwersję Theodora z „Her” ewidentnie dobrze się czuł pracując ponownie z Van Santem (wcześniej spotkali się na planie 23 lata temu kręcąc „Za wszelką cenę”).

Obraz reżysera „Obywatela Milka” to ekranizacja autobiografii Johna Callahana, rysownika i alkoholika, który wskutek wypadku samochodowego jest niemal całkowicie sparaliżowany. Van Sant tłumaczył na konferencji prasowej, że wybrał z książki swojego bohatera jeden rozdział, i tylko na nim skupił swoją opowieść. Choć był to mądry zabieg, początek filmu jest dosyć wyboisty i mało klarowny. Akcja skacze pomiędzy kilkoma planami czasowymi, pokazując Callahana przed, jak i po wypadku. Sądzę, że historia skorzystałaby na prostocie, i może lepiej byłoby, gdyby reżyser odpuścił sobie takie montażowe kombinacje.

Jednak gdy „Don’t Worry, He Won’t Get Far on Foot” się rozkręca i wraca na właściwe tory, to okazuje się naprawdę wciągającym i poruszającym filmem. Łatwo było opowiadając tę historię popaść w disnejowską cukierkowość (przed czym nie ustrzegł się na przykład James Marsh kręcąc „Teorię wszystkiego”), jednak Van Sant ostrożnie stawia reżyserskie kroki. Kontrapunktuje poważny wątek walki Callahana z alkoholizmem z wieloma wstawkami z jego, często sztubackich i prowokacyjnych, komiksów. Jego nielinearna struktura daje też do myślenia na poziomie naszego rozumienia głównego bohatera. Poszczególne sceny pokazują go jako alkoholika oraz walczącego z alkoholizmem inwalidę. Takie przeplatanie wątków wskazuje, że mamy do czynienia z tą samą postacią, której walka z nałogiem nie jest zamkniętym rozdziałem, lecz zagrożeniem mogącym w każdym momencie wypłynąć znowu na powierzchnię.

Z resztą w ogóle sposób opowiadania o cierpieniu protagonisty zasługuje na pochwały. Zamiast martyrologii i użalania się nad głównym bohaterem (tak jak choćby w „Najlepszym” Łukasza Palkowskiego) otrzymujemy bowiem historię walki z problemami tkwiącymi w jego głowie. Taki przechył w stronę terapeutycznej wymowy filmu może skojarzyć się z „Poradnikiem pozytywnego myślenia”, który również potrafił przekuć ból jednostki w opowieść, z której każdy widz mógł coś wyciągnąć. Dzięki temu Callahan nie słyszy mantrycznego „Jesteś zwycięzcą”, zaś jego sesje terapeutyczne okazują się najmocniejszymi i najciekawszymi emocjonalnie elementami filmu.

Jeśli czegoś filmowi brakuje, to poświęcenia większej uwagi licznym postaciom drugoplanowym. Jedynie Donnie Jonaha Hilla otrzymuje zasłużony czas ekranowy (wciąż pozostając w dużym stopniu intrygującą enigmą), czego nie można powiedzieć o reszcie bohaterów. Relacja Callahana z Annu (Rooney Mara) stanowi wręcz karykaturę wątku miłosnego, w którym nikt za bardzo nie chciał zdobyć się na wysiłek, i nieco pogłębić relacji pomiędzy tymi postaciami. Choć zapewne nie poboczne postaci inspirują Van Santa, tylko jego główny bohater. Wszak przygotowania do tego filmu rozpoczął jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, z myślą obsadzenia Robina Williamsa w roli głównej.

Ocena: 7/10

Related posts

Leave a Comment