You are here
Kino Magazyn 

„Captain Fantastic”: Viggo, adoptuj mnie!

Captain Fantastic wydaje się ideologiczną kontynuacją kina Wernera Herzoga. Ben (Viggo Mortensen) to Fitzcarraldo współczesnego rodzicielstwa. Jego zadaniem nie jest jednak przeciągnięcie łodzi przez puszczę amazońską, lecz wychowanie swoich dzieci na własnych, mocno nieortodoksyjnych warunkach, które zdecydowanie wykraczają poza pojęcie homeschoolingu. Dzieci w duchu neohipisowskiej partyzantki uczą się sztuki przetrwania (mogą jeść tylko to, co same upolują), krytycznego myślenia (słowo ,,fajny” jest zakazane, gdy rozmawiają o książkach muszą wykazać się własną opinią) oraz historii. Oprócz tego przerzucają się cytatami z Rousseau, Chomsky’ego i Marksa, co dosyć dosłownie odsłania ideologię kryjącą się za postępowaniem Bena.

Kiedy najstarszy syn Bo (George McKay) aplikuje na studia, MIT, Harvard i Yale otwierają przed nim swe podwoje. Ross rezygnuje z realistycznej historii zamieniając Captaina Fantastic w baśń o X-menach, co niektórych widzów może odrzucić. Jednak moim zdaniem warto na chwilę ,,zawiesić niewiarę”, i zanurzyć się w świecie wykreowanym przez twórcę 28 pokoi hotelowych, bo gdzieś po drodze w tej historii pojawia się wiele interesujących pytań na temat współczesnego amerykańskiego społeczeństwa (mówiąc być może zbyt patetycznie) oraz różnych pomysłów na wychowanie dzieci.

Pewnego dnia idylliczny spokój zostaje przerwany przez wiadomość, że żona Bena popełniła samobójstwo będąc w szpitalu. W niesamowitej scenie, w której ojciec musi opowiedzieć o tym swoim dzieciom, Ross po kolei przygląda się twarzom wszystkich postaci. Jest to jednocześnie pewna deklaracja: reżyser chce patrzeć na swych bohaterów ze szczerością, współczuciem, nie owijając w bawełnę. Tak jak protagonista podchodzi do otaczającego go świata z otwartą przyłbicą, odważnie się z nim konfrontując.

Dzieci zostają wyrwane ze swojego mikro uniwersum, gdy muszą pojechać na pogrzeb swoje matki. Podróż pokazuje, że upolowanie jelenia jest łatwiejsze niż rozmowa z nowo poznanymi ludźmi, a w perfekcyjnym kursie wychowawczym Bena pojawiły się pewne braki. Reżyser nie maluje całej historii jedynie w jasnych barwach, lecz korzysta z całej palety emocji. Pokazuje wady systemu Bena i niedopasowanie społeczne dzieci. Jedną z najbardziej wzruszających scen jest ta, gdy Bo poznaje dziewczynę na kempingu i po paru godzinach jej się oświadcza. Nowa miłość i jej matka nie traktują go jednak poważnie, i myślą że sobie żartuje. W tej, jak i paru innych scenach-metaforach Ross zgrabnie ukazuje relacje pomiędzy bohaterami i niesamowity dystans jaki wykreowali względem otaczającego ich świata.

Choć reżyser stara się zachować balans i oddać sprawiedliwość całej sytuacji, widz i tak nie ma wątpliwości, że Ross stoi sercem za swoim protagonistą. Jak sam przyznawał w wywiadach, nakręcił ten film, bo jako ojciec doszedł do pewnych rozważań na temat macierzyństwa. Captain Fantastic zgrabnie oddaje ojcowskie wątpliwości: być bardziej konserwatywnym i troskliwym, czy dać dzieciom wolność? Ukształtować je ideologicznie, czy dać im wolną rękę w życiowych wyborach?

Oprócz debaty na temat sposobów wychowywania dzieci Captain Fantastic proponuje widzowi romantyczną historię o nonkonformizmie i akceptacji własnej tożsamości. Mowa Bena w kościele przypomniała mi słynny ,,botoksowy monolog” Antonii San Juan z Wszystko o mojej matce Almodòvara. Bo i filmowi Rossa generalnie blisko do kina Hiszpana i wspomnianego na wstępie Herzoga. Wszyscy trzej z czułością przyglądają się outsiderom, których wyjątkowość wyklina ich ze społeczeństwa. Dając im głos,  umożliwiają widzowi zanurzenie się w zupełnie innym, odjechanym świecie. Gdybym był trochę młodszy, to poprosiłbym Mortensena żeby mnie adoptował.

Ocena: 8/10

Related posts

Leave a Comment