Kino / Teatr Magazyn Recenzja 

Czas na show! – recenzja filmu ,,Król rozrywki”

Hugh Jackman po raz kolejny prezentuje swoje umiejętności w repertuarze musicalowym. Tym razem jako tytułowy król jest zupełnie inną postacią niż znany nam Jean Valjean z Les Misérables: Nędznicy. Sam film świetnie prezentuje cechy hitu. Historia i wątki w nim ukazane są dopełnione, piosenki i melodie chwytliwe, a choreografia przygotowana z dokładną starannością. I tylko lekki kicz może być dla wielu zbyt widoczny na ekranie.

P.T. Barnum zapisał się w historii amerykańskiej kultury jako uznany przedsiębiorca i jeden z najbardziej znamienitych prekursorów w rozrywce cyrkowej. Nie dziwi więc fakt, że  w Hollywood zdecydowano się sięgnąć po jego historię i rozpisać to w formie musicalu. I tak zgodnie ze znaną nam chronologią, obserwujemy życie bohatera z jego wzlotami i upadkami. Ależ z jakim wdziękiem! Przekazanie pieczy nad filmem debiutantowi Michaelowi Graceyowi może wydać się ryzykowne. Tym bardziej, że reżyser był jeszcze zakontraktowany do nakręcenia aktorskiej wersji znanej mangi Naruto czy biografii Eltona Johna – Rocketman. Mając jednak w obsadzie tak znamienitych i utalentowanych aktorów oraz gotowy scenariusz napisany przez Billa Condona (Dreamgirls, Piękna i Bestia) i Jenny Bicks (Słowo na R, Rio 2) nie mogło wyjść z tego nic innego, jak kolejny hit kinowy. Król rozrywki na szczęście nie popełnia błędów znanych z ostatnich musicali filmowych, np. Nine – Dziewięć Roba Marshalla czy Burleska Steve’a Antina. Historie nie są spłycone, a ilość wątków nie sprawi, że widz pogubi się w seansie prezentowanego filmu. Jedynym, ale znaczącym dla mnie mankamentem w obrazie Graceya jest szybki przeskok czasowy od dzieciństwa bohatera do dorosłości, kiedy prosi o rękę swoją ukochaną, Charity.

Sam Hugh Jackman jest bezkonkurencyjny! Obserwujemy nie tylko przemianę bohatera w myśl znanego nam hasła od zera do bohatera, ale także kibicujemy w jego dążeniu do spełnienia marzenia: by jego dzieciom niczego w życiu nie zabrakło. Nie ustępują mu na krok ani Zac Efron, ani Zendaya. Jako wychowankowie Disneya, którzy od najmłodszych lat szkolili swój warsztat wokalno-taneczny, świetnie sprawdzają się w rolach nieco zadufanego w sobie Phillipa Carlyle’a i pochodzącej z niższych warstw społecznych, akrobatki Anne Wheeler. Dopełnieniem ich miłości jest bez wątpienia wykonanie utworu pt. Rewrite The Stars w jednej z najpiękniejszych scen w filmie. Zaś epizod z udziałem Rebecci Ferguson w roli szwedzkiej śpiewaczki operowej, Jenny Lind na długo pozostanie Wam w głowach. Tym bardziej, że aktorka w ostatnich latach dała się poznać w repertuarze mniej tanecznym (wspominając chociażby: Hercules, Mission: Impossible – Rogue Nation, Life, Pierwszy śnieg).

I mimo, że to musical, nie ustrzeże się przed oskarżeniami o nasycone kolory, momentami kiczowate stroje czy zbyt proste rozwiązywanie problemów, to jednak siłą tego gatunku jest marzyć. I obserwować jak należy dążyć do swojego – zapominając na chwilę o szarej rzeczywistości. Po seansie na pewno będziecie nucić This Is Me, który z kolei nominowany jest do Złotego Globu. Naprawdę, dajcie się porwać Królowi Rozrywki!

Ocena: 8/10

Related posts

Leave a Comment