Kino / Teatr Magazyn Recenzja 

Do trzech razy sztuka – „Thor: Ragnarok”, recenzja

Po dwóch pierwszych filmach z Bogiem piorunów w roli głównej na myśl o kolejnej części reagowałem podobnie jak na wizytę u dentysty. Moje podejście zmieniło się jednak gdy reżyserem filmu został Taika Waititi, który do tej pory był kojarzony raczej z niezależnymi produkcjami („Hunt for the Wilderpeople” czy „What We Do in the Shadows”) niż wysokobudżetowym kinem superbohaterskim. Znany ze specyficznego poczucia humoru Taika był dokładnie tym czego potrzebowały solowe filmy o synu Odyna. Poszedłem na seans z nadzieją, że nie będę kolejny raz oglądał zadufanego w sobie buca.

Film rozpoczyna się od potyczki Thora (Chris Hemsworth) z Surturem. Po powrocie do Asgardu Bóg piorunów zalicza braterską sprzeczkę i razem szukają ojca na Ziemi.  Potem z przytupem pojawia się córka Odyna, Hela (Cate Blanchett) w celu zdobycia tronu i przywróceniu Asgardowi dawnej potęgi. Spotyka się oczywiście ze sprzeciwem braci i w wyniku walki Thor oraz Loki (Tom Hiddleston) zamiast wrócić do domu trafiają na planetę Sakkar. Na obcej planecie nic nie znaczą i muszą walczyć o swoją pozycję.

Pierwsze 20 minut mnie zachwyciło. Niemalże bez słowa wyjaśnienia wpadam w wir szalonej akcji. Dostałem w końcu Thora takiego jakiego znałem z „Avengers” –  luźnego i zdystansowanego. Główny wątek nie zapowiadał się na kolejną epicką walkę o życie całej planety. Dobrze radzi sobie również drugi akt, w którym wyśmienicie prezentuje się relacja Thora i Bruce’a Bannera (Mark Ruffalo) miedzy którymi dialogi i potyczki słowne płyną bardzo naturalnie. Serce jednak skradł mi Arcymistrz w którego wcielił się Jeff Goldblum w totalnie kiczowatym przebraniu. Szkoda mi nieco postaci Walkirii (Tessa Thompson), która moim zdaniem miała większy potencjał, a został potraktowana strasznie pobieżnie. Hela niestety niczym nie zaskakuje i jest kolejnym płaskim czarnym charakterem, który przedstawia swoją motywacje w strzępkach i wzbudza tylko obojętność. Mimo że nie można odmówić charyzmy Cate Blanchett to jej rola została niemal całkowicie ograniczona do odgarniania sobie włosów. Jeszcze gorszy jest tylko Skurge (Karl Urban), który jest tak bardzo stereotypowy, że twórcy nawet nie próbowali mu nadać jakiegokolwiek charakteru i już na początku wiadomo jak się potoczą jego losy. Na uwagę zasługuję Korg, któremu głosu użyczył sam Taika Waititi i jest on uosobieniem jego humoru.


Widać tu, że Waititi próbuję pokazać tu swój autorski styl, daje o sobie znać w szczególności gdy akcja toczy się na Sakkar. Cała planeta jest oblana wszystkimi kolorami tęczy i dość mocno przypomina to stylistykę „Strażników Galaktyki” w szczególnie gdy w tle pobrzmiewa muzyka z lat osiemdziesiątych. Niestety jednak Taika nie miał zbyt dużej swobody, a w szczególności nie miał wpływu na scenariusz co prowadzi do pewnej sprzeczności, ponieważ film  opowiada o zagładzie planety, a mimo to ton sam w sobie jest bardzo lekki i pełno tu różnych gagów i żartów. Ciężko przez to brać na poważnie bardziej dramatyczne momenty. O ile pierwsze dwa akty dobrze się ogląda to trzeci jest zrobiony na całkowicie sztampową modłę i znów widzimy wielki festiwal efektów specjalnych z wisienką na torcie w postaci rażącej niekonsekwencji.

6/10

Related posts

Leave a Comment