Kino / Teatr Magazyn Recenzja 

Dziewczyna bez rąk – w krainie baśni i kolorów

W ciągu roku zdarzają się filmy, na które z niecierpliwością czekam już od pierwszych recenzji. Rok temu podczas festiwalu w Cannes w sekcji ACID swoją premierę miał pełnometrażowy debiut Sébastiena Laudenbacha, „Dziewczyna bez rąk”. I powiedzieć, że zrobił tam furorę, to za mało. Krytycy rozpływali się nad niepowtarzalną warstwą wizualną oraz nietuzinkowym podejściem do baśni braci Grimm. Szczerze już dawno straciłem nadzieję, że film zawita na polskie ekrany, ale dzięki uprzejmości (i dość ryzykownemu zagraniu) Bomba Film możemy podziwiać go tam, gdzie jego pierwotne miejsce, czyli w kinie. A to dzieło z cyklu „doświadczenie kinowe”, więc tym większa radość, że doczekał się swojej dystrybucji w Polsce.

Film jest na podstawie dobrze znanej baśni Wilhelma i Jakuba Grimm. Młynarz, dobry mąż i ojciec, spotyka pewnego dnia tajemniczą postać, która proponuje mu wielkie bogactwo w zamian za to, co znajduje się za jego domem. Podczas nieurodzaju i suszy, mężczyzna chcąc ratować swój majątek dobija targu z zagadkową postacią. Okazuje się jednak, że to podstęp, w efekcie czego ojciec zmuszony jest oddać córkę w ręce diabła. Nieskazitelnej dziewczynie udaje się jednak wyrwać z szatańskiego układu. Ale zyskując wolność zostaje pozbawiona rąk. Bohaterka postanawia opuścić rodzinny dom i wyrusza w podróż, której celem jest odnalezienie się w nowej sytuacji. Jest pozbawiona nie tylko rąk, ale również swojej przeszłości i korzeni.

Analizując pełnometrażowy debiut Laudenbacha na początku trzeba wspomnieć o samej oprawie audiowizualnej. Jest to malarska animacja, ale o całkowicie innym podejściu, niż mieliśmy w przypadku „Twojego Vincenta”. Artyści nie bazowali tu bowiem na stylu jakiegoś konkretnego malarza, a za charakter animacji posłużyło im połączenie japońskiego stylu tradycyjnego, przypominającego nieco „Księżniczkę Kaguyę”, z europejską myślą estetyczną. To niesamowite jak za pomocą kartki, farby, czy mazaka można wyczarować taką wizualną ucztę. Nasze receptory wzroku będą tu niejednokrotnie pobudzane, a finalny efekt prześciga optyczną sferę większości komputerowych animacji. Jednak porównując go całościowo do polskiej koprodukcji „Twój Vincent” wypada troszkę gorzej. W naszej rodzimej animacji za niepowtarzalną stroną wizualną szła równie ciekawa historia czerpiąca pełnymi garściami z klasyków kina noir. W przypadku „Dziewczyny bez rąk” mam wrażenie, że zabrakło skrócenia dystansu pomiędzy relacją bohater-widz. Przez cały czas odczuwałem emocjonalną bierność wobec tego, co bohaterowie czynią na ekranie. To główny mój zarzut względem tego tytułu. Przy całej wizualnej rozkoszy zabrakło mi tego, czego od kina najbardziej oczekuję. Po prostu przeżywania wraz z postaciami określonych emocji, czy stanów psychicznych. Nie wiem, czy to wina jeszcze niewyrobionego wyczucia reżyserskiego, na które można przymknąć oko, bo przecież to debiut, czy to błąd źle rozłożonych akcentów w relacjach między bohaterami. Niemniej szacunek należy się twórcom, którzy zaryzykowali już na etapie samej preprodukcji.

Dlaczego? Ponieważ to animacja przeznaczona na boxoffice’ową porażkę. To film przeznaczony dla widzów dorosłych, który zawiera wiele odważnych scen i ze sfery erotycznej, jak i przemocy. Składam głębokie wyrazy szacunku dla tych osób, które przyczyniły się do sfinansowania tego projektu. Widać są jeszcze ludzie, którzy w kinie nie widzą jedynie dużej sakiewki wypełnionej po brzegi pieniędzmi, ale również dostrzegają w nim sztukę. A to dzieło spokojnie można nazwać pełnoprawną sztuką. Co prawda ma swoje wady, niemniej warto doświadczyć tego filmu w kinie. Jest po prostu do tego stworzony. To „doświadczenie kinowe”, którego powinno się skosztować. A jego smak pozostanie z wami jeszcze na długo po seansie.

Ocena:7/10      

Related posts

Leave a Comment