Kino / Teatr Magazyn 

Eksplozja barw – ,,Twój Vincent”, recenzja

Jednym z najważniejszych wydarzeń na tegorocznym festiwalu Nowe Horyzonty była polska premiera długo wyczekiwanej polsko-brytyjskiej animacji „Twój Vincent”. To pierwszy pełnometrażowy film animowany zrealizowany przy pomocy techniki „żywych obrazów” stylizowanych na twórczość znanych malarzy, a w tym przypadku na dzieła Vincenta Van Gogha. Owa technika polega na namalowaniu ogromnej ilości obrazów, a następnie utworzeniu ciągu następujących po sobie kadrów. Co prawda nie był to klasyczny płynny obraz oparty na 24 klatkach na sekundę, ale lekko przytłumione ujęcia nie wpływały negatywnie na odbiór całości. Już od pierwszych minut dzieło Doroty Kobieli oraz Hugh Welchmana oczarowuje widza swoją niepowtarzalną oprawą wizualną. Obrazy holenderskiego mistrza, które znamy z muzeów, wystaw, czy też albumów ożywają na ekranie, a charakterystyczny styl jego pędzla wprost uderza intensywnością barw.

Akcja filmu rozpoczyna się 27 lipca 1890 roku. Ulicą francuskiego miasteczka Auvers szczupła postać idzie po zmierzchu chwiejnym krokiem. Mężczyzna przyciska swoje dłonie do świeżej rany postrzałowej, z której sączy się krew. To wówczas jeszcze mało znany artysta Vincent Van Gogh. O jego tragicznej śmierci wiadomo od dawna, jednak nadal nie jest jasne, jak i dlaczego doszło do śmiertelnego postrzału. Film ten opowiada właśnie tę historię, odkrywa okoliczności tajemniczej śmierci artysty. Czy na pewno popełnił samobójstwo? Co się wydarzyło przez 6 tygodni od ostatniego listu van Gogha, w którym pisał, że czuje się dobrze i jest zupełnie spokojny? Główny bohater Armaud Roulin, syn przyjaciela artysty, wyrusza w podróż, której celem jest dostarczenie ostatniego listu napisanego przez brata malarza Theo. Podczas rozmów ze znajomymi mistrza, Armaud coraz głębiej odkryje jego złożoną osobowość. Osobowość przez wielu sprowadzaną do zwyczajnego dziwactwa, czy też wariactwa.  

Konstrukcja dzieła Polki i Brytyjczyka oparta jest na linearnej historii z wplecionymi retrospekcjami uzupełniającymi fabułę. Widz, wraz z głównym bohaterem po kolei dokłada kolejne puzzle do układanki, by w ostateczności otrzymać kompozycję na miarę słynnych Słoneczników. Główna opowieść różni się formalnie oraz estetycznie od scen retrospekcji. Podczas owych sekwencji twórcy przechodzą w czerń i biel dając tym samym wytchnienie dla naszych oczu stymulowanych ogromną ilością kolorowych bodźców. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to perfekcyjne oświetlenie czarno-białych scen (o ile w animacji można mówić o oświetleniu), które stylistycznie przypominało mi „Idę” Pawła Pawlikowskiego. I chyba nie przez przypadek, bo jednym z operatorów „Twojego Vincenta” jest Łukasz Żal odpowiedzialny między innymi za zdjęcia do wspomnianego filmu. 

Moje największe obawy przed obejrzeniem „Twojego Vincenta” dotyczyły nie strony formalnej, którą doświadczymy w kinie po raz pierwszy, co fabularnej. Na szczęście animacja dostarcza nie tylko rozkoszy dla oka, ale jest także prawdziwą próbą gatunkową angażującą widza od samego początku. To stylizacja na największe klasyki kina noir, a tajemniczy charakter dzieła obecny jest aż do końcowych napisów. Jednak przede wszystkim jest to niepowtarzalnie doznanie estetyczne oraz filmowe, które uwodzi, a także powoduje ciarki na całym ciele. Widząc namacalną pracę ponad setki malarzy, tysiące godzin ich trudu, czy ponad 3000 litrów zużytej farby nie sposób nie docenić finalnego efektu. Warto wspomnieć, iż podczas realizacji namalowano aż 65000 obrazów stylizowanych na pędzel holenderskiego mistrza. To coś niebywałego i jeszcze niespotykanego w historii kina. A to wszystko w ponad połowie zrobione rękami naszych rodaków. Po prostu duma! Trzymam kciuki za dalsze sukcesy filmu na arenie międzynarodowej, oraz nominacji, a nawet samej statuetki Oscara. Jak dla mnie w pełni na nią zasługuje.

Ocena: 8/10

Related posts

Leave a Comment