Kino / Teatr Magazyn 

I did naaaht! – recenzja „The Disaster Artist”

Powstają produkcje udane, mniej udane i zupełnie nietrafione. Natomiast wśród ostatniej kategorii wyróżnić można filmy złe oraz tak złe, że aż dobre. Niewątpliwym zwycięzcą wszelkich rankingów na dobry-zły obraz pozostaje od dłuższego czasu „The Room” w reżyserii Tommy’ego Wiseau. Budżet tego klasyka owiany jest tajemnicą, jednak szacuje się go na około 6 milionów dolarów, a gdy porówna się to z zyskami w tygodniu premiery – 1800 dolarów, wniosek nasuwa się sam. Okazało się, że z „The Room” trochę jak z winem – im starsze, tym lepsze: fanów tej produkcji znaleźć można na całym świecie, a wieczorne seanse tego obrazu wypełniają kina po brzegi. Sam Tommy Wiseau jawi się jako niebywale intrygująca persona, o której do tej pory niewiele wiadomo – jednym słowem, idealny materiał na scenariusz filmowy. I tak oto powstał „The Disaster Artist” Jamesa Franco.

Podstawą dla scenarzystów była między innymi książka autorstwa Grega Sestero – odtwórcy filmowego Marka – „The Disaster Artist: My Life Inside ‚The Room’, the Greatest Bad Movie Ever Made”. Fabuła stara się przybliżyć sylwetkę Wiseau z punktu widzenia innych osób, głównie jego przyjaciela, przez co widz cały czas nie może być pewien odpowiedzi na trzy podstawowe pytania: skąd artysta pochodzi, ile ma lat i, a może przede wszystkim, na czym dorobił się takiego majątku? Zgodnie z tytułem filmu historia nie skupia się jedynie na procesie powstawania „The Room”, ale na osobie reżysera, który próbuje spełnić marzenia – swoje i Grega. Dowiadujemy się więc z ekranu, w jakich okolicznościach poznali się aktorzy, skąd w ogóle pomysł na zrealizowanie samemu produkcji oraz jak zareagowała publiczność na pierwszym seansie.

„The Disaster Artist” broni się wieloma elementami. Nie można odmówić Jamesowi Franco, że stworzył uniwersalną opowieść o przyjaźni oraz niepokonanej miłości do kina. Angażujemy się w snutą historię nie tylko z uwagi na rewelacyjny humor, ale silną emocjonalność bijącą od bohaterów. Tommy Wiseau zostaje ukazany jako osoba, która nie ugina się pod presją i za wszelką cenę chce przedstawić swoją, opłakaną w skutkach, wizję artystyczną.  Aktor o aparycji Frankensteina niemal rozczula widza swoją szczerością, pewnego rodzaju nieporadnością, ale i pewnością siebie. Gdy zestawimy to ze świetnie rozpisanymi kwestiami dialogowymi oraz nawiązaniami do „The Room” salwy śmiechu oraz oklaski na widowni są gwarantowane. Trzeba przyznać, iż w punkt zostały wyważone sceny zabarwione humorystycznie z tymi odkrywającymi emocje bohaterów, przez co „The Disaster Artist” nie traktuje się jako prześmiewczy obraz Wiseau, a raczej próbę zrozumienia go jako niespełnionego artysty.

James Franco postanowił postawić się na miejscu postaci, którą odgrywał, oprócz głównej roli, pełnił funkcję również reżysera i producenta. I choć pod względem wyglądu trochę brakuje mu do jedynego w swoim rodzaju Wiseau, to akcent oraz śmiech naśladował przednio. Sposób poruszania się, mówienia łudząco przypomina oryginał, co fanom „The Room” dostarczy sporej dawki rozrywki – zwłaszcza sekwencja nakręcania filmu: I did naaaht! Oh, hi Mark!. Co najważniejsze, widać po aktorach, że świetnie bawili się na planie, a pomiędzy głównymi bohaterami wyczuwalna jest prawie że relacja braterska. Nic dziwnego – wszak w rolę Grega Sestero wcielił się młodszy brat Jamesa Franco. Odnoszę wrażenie, że postać wykreowana przez Dave’a jest wierniejsza oryginałowi, co widać w zestawieniach wieńczących film. Kto wie, może dla obu braci Franco produkcja ta będzie okazją, aby ponownie wybić się na hollywoodzkim rynku?

„The Disaster Artist” stanowi udaną tragikomedię, która przypadnie do gustu wiernym fanom „The Room”, ale również osobom niemającym wcześniej do czynienia z twórczością Tommy’ego Wiseau. Jamesowi Franco udało się przedstawić przezabawną historię o porażkach i nieprzewidywalnym sukcesie jednego z najgorszych reżyserów wszechczasów. Mam przeczucie, że dostanie on za tę produkcję nominację do Oscarów – choćby w kategorii najlepszy aktor, a jeśli nie, to niech go chociaż uhonorują Złotą Maliną – jedno jest pewne: na laury, w jakiekolwiek postaci, w pełni zasłużył.

Pamiętajcie, aby nie opuszczać sali kinowej zbyt pośpiesznie – najcierpliwsi zostaną nagrodzeni.

ocena: 8,75/10

Related posts

Leave a Comment