Kino / Teatr Magazyn Recenzja 

Kajman z ludzką twarzą – „Oni”, recenzja

W słynnej sekwencji imprezy w Wielkim Pięknie Jep Gambardella mówi:„Jako dzieci, na to pytanie… koledzy mieli dla mnie jedną odpowiedź. „Cipka”. Z kolei dla mnie to był: „Zapach domów starych ludzi”. Pytanie brzmiało: „Co Ci się w życiu podoba najbardziej?”” Z każdym kolejnym filmem Sorrentina wydaje mi się, że jest to wypowiedź odautorska, nakreślająca główny motyw jego twórczości. Dla Włocha najciekawsi są bowiem zawsze starzejący się mężczyźni, którym z przerażeniem przychodzi w pewnym momencie dokonać rachunku sumienia, i skonfrontować się ze swoją przeszłością. Najnowszy film zdobywcy Oscara, Oni, są tylko ciągiem dalszym tych rozważań.

Zanim na scenę nie wszedł Trump nikogo takiego jak on we współczesnej światowej polityce nie było. Pod względem kontrowersyjności i groteskowości Berlusconi nie miał żadnej konkurencji. Jako osoba z rocznika 1997 dla mnie włoska polityka zawsze miała wyszczerzoną i zalaną samoopalaczem twarz popularnego Kajmana. Od 1994 gdy ze swoją centroprawicową Forza Italia wszedł z butami do parlamentu i przejął władzę po rozsypującej się chadecji nikt nie zapisał się tak wyraziście na kartach włoskiej historii. Był Boski Giulio (bohater innego filmu Paola Sorrentina, Boskiego), później był nie-tak-święty Silvio, a teraz mamy chaos i Ruch Pięciu Gwiazdek.

Jak utkać spójny portret postaci tak skomplikowanej i mało zrozumiałej? Jakim cudem człowiek, którego nazwisko stało się synonimem imprez bunga bunga rządził krajem przez dwadzieścia lat? Człowiek, któremu Nicolas Sarkozy nie podawał ręki na szczycie G20? W Onych Sorrentino nie podejmuje się robienia biografii w klasycznym sensie. Nie ma tu za dużo spójności i chronologii, film niespecjalnie jest zainteresowany polityczną stroną Kajmana, i w ogóle nie chodzi tu o weryzm i wierność historii. Sorrentino otwiera furtkę dla swojej fantazji już w początkowych napisach filmu. „To luźna impresja twórców”, „część postaci istniała naprawdę, część nie”, „część wydarzeń miała miejsce, a część mogła”. Czy takie podejście jest uczciwe wobec widza? Wobec samego Berlusconiego? Zapewne prawdą jest, że historia to kłamstwo, które stale sobie opowiadamy, ale gdzie w tym wszystkim mieszczą się Oni Włocha?

W Onych nie chodzi jednak tak naprawdę o Kajmana w środku tego całego zamieszania, lecz o rozpętaną burzę, do której wciągnął on wszystkich Włochów. Nie przez przypadek film nazywa się Oni, a nie On. Mamy tu do czynienia ze zbiorowością, z fenomenem jednej postaci i jej echami w całym społeczeństwie. (No, może nie całym, tylko takim, które stać na własną działkę koksu). Dlatego film Sorrentina jest chaotyczny, pozbawiony konkretnej osi fabularnej, bohaterowie i wątki pojawiają się i znikają, a samego Silvio przez pierwsze czterdzieści minut dzieła w ogóle nie ma na ekranie. Inna sprawa, że część tego montażowego rozgardiaszu bierze się z faktu, iż mamy tu do czynienia z przemontowaną wersją filmu, który był dwuczęściowym, czterogodzinnym eposem w wersji wypuszczonej tylko na rynek włoski.

Włoski reżyser, tak jak w Boskim, uprawia ryzykowne political fiction, które wielu widzów może odrzucić. Robi to ze stylistyczną dezynwolturą, mieszając oszałamiającą stronę wizualną, z przeszarżowanym i kiczowatym soundtrackiem. Oni rzucają widza w atmosferę słynnych bunga bunga od pierwszych sekwencji, utrzymując tempo i intensywność aż do ostatniej, najlepszej moim zdaniem sceny. Styl włoskiego reżysera jest trochę podyktowany przez protagonistę jego historii, niemniej chciałoby się zobaczyć więcej takich sekwencji, w których jeden obraz może opowiedzieć więcej, niż frenetyczny montaż przysłowiowych gołych bab. Momentami obawiałem się, że film skręca w stronę moralnej ambiwalencji Wilka z Wall Street (filmu, który gloryfikował życie, które jednocześnie próbował krytykować).

Jednak koniec końców okazuje się, że Sorrentino zrobił coś odważniejszego, niż zwykłą satyrę na zepsutą (i psującą) władzę. To ostatecznie zaskakująco empatyczny portret człowieka-karykatury, którego gruba skóra w pewnym momencie jednak pęka. Berlusconi w interpretacji Toniego Servillo, choć groteskowy, wciąż pozostaje człowiekiem, a nie spłyconym żartem. To, jak aktorowi udaje się w kilku scenach odtworzyć słynny krokodyli uśmiech byłego premiera Włoch zapadnie mi w pamięci na długo.

Ocena: 8/10

Related posts

Leave a Comment