Kino / Teatr Magazyn Recenzja 

Komu nie w smak wolność mediów – recenzja filmu „Czwarta władza”

Kojarzony z Kinem Nowej Przygody, Steven Spielberg idealnie wpisuje się do grona szanowanych dziadków kina. Mam na myśli takich twórców, jak Ridley Scott czy Martin Scorsese. W czasie gdy z nadzieją wypatrujemy premiery „The Irishman”, Scott raczej zawodzi publiczność w swoich ostatnich produkcjach. Jak na ich tle wypada „Czwarta władza” Spielberga? Otóż, nie aż tak blado.

Wraz z pierwszymi minutami zostajemy rzuceni do roku 1966 w wir wojny w Wietnamie. Przez moment możemy mieć skojarzenie z „Full Metal Jacket” Stanley Kubricka. Jednak to tylko krótka, ekspozycyjna scena, która będzie zaczynem dla stopniowo rozwijającej się fabuły. Główna oś filmu rozgrywa się w 1971 roku pomiędzy amerykańską prasą a zwierzchnikami państwa. Kością niezgody jest zatajony raport, mówiący o faktycznym stanie wojny. Wojny, którą Amerykanie zaczynają przegrywać, lecz nadal wysyłają kolejne rzesze żołnierzy. Wszystko dla zachowania wizerunku silnego państwa, które ani nie przegrywa, ani się nie poddaje.

Nominowany do Oscara film Spielberga, choć nie porywa, to ogląda się dobrze. Środowisko dziennikarzy śledczych ubiegłego wieku lubi się z okiem kamery. Dla potwierdzenia tej tezy wystarczy wspomnieć brutalniejszego w swej oprawie „Zodiaka”. Tony notatek, telefony wiszące na kablu i drukarnie typograficzne. Myślę, że każdy dziennikarz odczuwa pewien sentyment dla ery analogowej.

Jako zaletę „Czwartej władzy” wymienię aktorstwo. Szczególnie dwójkę głównych bohaterów. To nazwiska, które rzadko zawodzą. Meryl Streep jako właścicielka gazety „The Washington Post” gra wyśmienicie. Kreuje oryginalną postać i co ważne, jest bardzo wiarygodna. Próbujący dotrzymać jej kroku Tom Hanks to pewny siebie redaktor naczelny. Oboje będą musieli zmierzyć się z moralnymi decyzjami. Przeciwstawić się rządowi i łamiąc ich zakaz, opublikować sensacyjny materiał? Czy prawda zawsze powinna wyjść na wierzch?

Powroty do wizerunku dziennikarstwa XX wieku niemal zawsze sprawiają mi przyjemność. „Czwarta władza” – której tłumaczenie tytułu uważam za naprawdę trafne – nie wprowadza niczego nowego do gatunku, ale jest zrealizowana solidnie i wszystko ze sobą współgra. Finał nie jest zaskakujący, ale satysfakcjonujący. Najlepszym wyznacznikiem, że film trzymam poziom to rozpalanie w widzu chęci do rozwiązania jakiejś zagadki – najlepiej przed maszyną do pisania lub wertując akta w starym archiwum.

6/10

Film obejrzano dzięki uprzejmości Cinema City.

Related posts

Leave a Comment