Kino / Teatr Magazyn Recenzja 

Księga przyjaźni – recenzja filmu „Green Book”

USA, lata 1948-1973. Syn pani Daisy zatrudnia dla niej czarnoskórego szofera. Oto fabuła filmu, który dokładnie 29 lat temu święcił tryumfy podczas rozdania najbardziej prestiżowych nagród w branży. Dziś w kinach podziwiać możemy swoista odpowiedź na Wożąc Panią Daisy. Tym razem jednak to Afroamerykanin siada na tylnej kanapie, a za kierownicę chwyta Amerykanin pochodzenia włoskiego i wspólnie ruszają w trasę koncertową tego pierwszego na południe Stanów Zjednoczonych.  Tony i Don są jak woda i ogień. A dodając, iż ciężko jednoznacznie stwierdzić, którego opisuje jaki żywioł, możecie sobie wyobrazić jak barwne są to postaci. Fantastyczne dialogi dodatkowo podkreślają ich jedyne w swoim rodzaju charaktery, a wkrótce również niezwykle serdeczną, choć podszytą złośliwościami relację.

Powiedzieć, że Green Book bawi i podnosi na duchu, to naprawdę mało. Ciepła atmosfera wynikająca z błyskotliwego scenariusza, wyśmienitego aktorstwa, a nawet barw poszczególnych kadrów, otula widza niczym mięciutki kocyk w chłodny wieczór. Zacznijmy od wspaniałego Viggo Mortensena, który choć wcale nie przypomina tutaj buńczucznego Aragorna z Władcy Pierścieni, wzbudza porównywalnie dużo emocji, a jego Frank Anthony Vallelonga (postać prawdziwa, film oparty jest na faktach) potrafi nadepnąć na odcisk i postawić na swoim. Nie wyróżnia się inteligencją czy atrakcyjnością. Za to szczerością, błyskotliwym żartem, który tak właściwie wynika z jego prostolinijności czy lojalnością, podbije niejedno bliskie kinu serce. Mortensenowi znakomicie udało się również sportretować włoskie korzenie bohatera; nowojorsko-włoski akcent Tony’ego sam w sobie doprowadzał mnie momentami do łez.

Popisową rolę, która od początku sezonu nagród przynosi mu statuetkę za statuetką, ustrzelił także Mahershala Ali. Jako tajemniczy Doktor Don Shirley, czyli wymuskany pianista z wyższych sfer, Ali żongluje stereotypami, jednocześnie bawiąc i zmuszając do refleksji. Przyjaźń rodząca się między artystą i podwładnym prezentuje się autentycznie pozostawiając słodko-gorzki posmak w reakcji na konsekwencje rasizmu w połączeniu z ludzką dobrocią serca. Choć zasadniczo widz nie ma wątpliwości, że wszystko skończy się dobrze, że po przejściach, w jakimś stopniu nasi bohaterowie na pewno coś wygrają: czy będzie to szacunek południowych arystokratów do czarnoskórych muzyków, przyjaźń oparta na wzajemnym zaufaniu, czy jeszcze coś innego – czas pokaże, scenariusz angażuje pod wieloma względami zapewniając niezwykle przyjemne dwie godziny w kinowym fotelu. Nie pamiętam kiedy ostatnio opuściłam moją ulubioną instytucję z uśmiechem od ucha do ucha, który utrzymywał się jeszcze przez długi czas, dodatkowo podśpiewując pod nosem kilka zmiksowanych ze sobą jazzowo-soulowych kawałków, które w Green Book towarzyszą postaciom niemal w każdej minucie. W kontekście finałowego, najważniejszego rozdania, mogę rzecz tylko jedno: niech posypią się Oscary!

Ocena: 9/10

Related posts

Leave a Comment