Kino / Teatr Magazyn Recenzja 

„Manifesto” czyli jak nie robić filmu o sztuce

Cate Blanchett to bez wątpienia aktorka najwyższej światowej klasy. Najwyższej klasy artystą jest podobno także Julian Rosefeldt, twórca wystawy Manifesto. Niestety spotkanie tej pary artystów nie zaowocowało filmem klasy światowej, a bardziej nieudanym, trudnym do zaakceptowania eksperymentem.

O co chodzi? Wystawa Rosefeldta to 13 manifestów dotyczących szerokopojętej sztuki współczesnej, jej percepcji, wpływu na rzeczywistość. Każdy z tych manifestów wygłasza Cate Blanchett odgrywająca 13 postaci, różniących się charakteryzacją, akcentem, backgroundem.

To wszystko zapewne świetnie działa w formie instalacji artystycznej w muzeum. Jednak zebrane w filmie, w całość, której nie zaszkodziłaby spójna i konsekwentnie zrealizowana koncepcja, staje się niestrawną antyreklamą tego typu sztuki. Składa się na to kilka okoliczności.

Po pierwsze bardzo trudno zaakceptować fakt, że Rosefeldt w ogóle postanowił uraczyć nas taką filmową propozycją. Coś takiego nigdy w formie filmowej nie powinno się na ekranie pojawić, gdyż nie stał za tą instalacją żaden potencjał, który wskazywałby na to, że wielki ekran będzie w stanie ją przyjąć z otwartymi ramionami. Manifesto jest bowiem rzeczą tak insiderską, tak mocno niezrozumiałą dla nawet regularnego kinowego widza, że rozczarowanie tym „dziełem” jest niemal gwarantowane. Z drugiej strony problem Manifesto polega także na tym, że reklamuje się je jako masterclass aktorski Cate Blanchett, którym po prostu ten „film” nie jest. Wina za to leży głównie po stronie Rosefeldta, który postanowił wykorzystać Blanchett jako rekwizyt, kukłę, której zmiany osobowości zostały ograniczone jedynie do ciuchów, fryzury oraz akcentów. Blanchett udowodniła w Manifesto jedynie to, że umie krzyczeć do kamery. Ale to też pokazała w Thorze, który okazał się z jej strony potężnym rozczarowaniem. Jeśli szukacie prawdziwego aktorskiego masterclass Blanchett to lepiej sięgnąć po Notatki o skandalu, Elizabeth czy I’m not there.

Największą wadą Manifesto nie jest jednak ani Blanchett, ani jego treść, a filmowa forma, której Rosefeldt nie potrafił nadać swojej instalacji. Można tu zaobserwować kompletny brak jakiejkolwiek twórczej inwencji reżysera, który uznał, że manifesty same się obronią. Otóż nie samym przekazem kino stoi, Panie Rosefeldt. Przeciwnie, opakowanie jest ważne niemalże w równym stopniu co tematyka. Przez to, że Julian Rosefeldt nie potrafił swojemu manifestowi nadać filmowej formy, to jego przekaz uleciał, a oglądanie Cate Blanchett po krótkim czasie stało się irytujące i zaskakująco męczące. Jedno z największych filmowych rozczarowań tego roku.

Related posts

Leave a Comment