Kino / Teatr Magazyn Recenzja 

„Monument” – królowa polskiego kina jest jedna!

I nie, nie jest nią ani Agnieszka Holland, ani Małgorzata Szumowska. Nazywa się Jagoda Szelc i jej drugi, po intrygującej Wieży. Jasny dzień, projekt tylko dowodzi tezy, że nie ma aktualnie w naszym kraju lepszej reżyserki.

Monument jest projektem, który początkowo nie miał być w ogóle filmem z pełnym znaczeniu tego słowa. Z tego dyplomu wyszła jednak prawdziwa, jak przystało na Jagodę, szalona fabuła, która miewa momenty gorsze, ale nigdy niepotrzebne. Co my tu mamy? Młodzi ludzie jadą do hotelu, żeby w nim odbyć praktyki w ramach swoich studiów hotelarskich. Zarówno manager hotelu, jak i samo miejsce wydają się być od początku niepokojące. Nie do końca wiadomo co się tam dzieje, czy to co widzimy jest prawdą, czy jakimś snem na jawie, czy halucyjnacją.

Jak powiedziała Szelc podczas jednego ze spotkań, po Wieży ludzie wychodzi skonfundowani końcówką, która także i dla mnie pozostaje wciąż niełatwą do rozwikłania zagadką. Tutaj konstrukcja jest odwrotna – chaos, tajemnica, zagmatwanie fabularne odbywa się praktycznie przez cały film, który jednak prowadzi do interpretacyjnie łatwego finału. Ale czy aby na pewno? To, że nawet po takim zakończeniu, jak w Monumencie, możemy sobie wciąż zadawać pytania, świadczy najlepiej o kinie Jagody Szelc, która potrafi widza zaintrygować, bez większego wysiłku wprowadzić go w stan niemalże hipnozy, która utrzymuje się po seansie. Strach pomyśleć, co się z nami wydarzy po jej kolejnym filmie, który mam nadzieję nadciąga wielkimi krokami.

Nie możemy sobie bowiem pozwolić na długą rozłąkę z Jagodą Szelc – jest ona zdecydowanie najpotężniejszym reżyserskim talentem w rodzimym kinie ostatnich lat. Monument jest tego najlepszym dowodem nie tylko z powodu fabularnej zagadki, ale głównie ze sposobu jak po swoim świecie prowadzi nas reżyserka. Nie za rękę, jedynie sygnalizując drogę, ale nigdy nie pozostawiając nas bez uczucia niepokoju, napięcia, narastającej ekscytacji przed odkryciem kolejnych kart tej układanki.

O klasie Szelc świadczy jeszcze jedno – być może nie wszystkie wątki w tym filmie są zrealizowane w sposób w pełni satysfakcjonujący, ale to co nie wyszło ze scenariusza, zostało zagrane w sposób niesłychanie zaangażowany, jednocześnie z wielkim smakiem i odwagą. Niech przykładem świetnego prowadzenia aktorów przez Jagodę będzie przypadek niejakiego Mateusza Wiecławka, który w Monumencie potrafi błyszczeć, a w tym samym czasie znika w otchłani fabularnej żenady Czuwaj Roberta Glińskiego. Wystarczył sprawniejszy reżyser, aby ten niezwykle utalentowany aktor (ale nie tylko on, bo przecież w Monumencie w jednym z wątków znajdziemy też znaną z Córki trenera Karolinę Bruchnicką) mógł pokazać swoje możliwości.

Możliwości reżyserskie Jagody Szelc wydają się być w tym momencie swego rodzaju synonimem możliwości reżyserskich całego polskiego kina. Jeśli tak właśnie jest, to znaczy, że nasza kinematografia ma się bardzo dobrze. Jagoda, czekamy na Chłopów!

Ocena: 10/10

Related posts

Leave a Comment