Kino / Teatr Recenzja 

My Boomerang Won’t Come Back – recenzja filmu „Włócznia”

Trochę wstyd przyznać, ale jako Europejczyk czuję się znaczącym ignorantem, jeśli chodzi o kulturę aborygeńską czy australijską. Wiedza wyniesiona z lekcji historii w żaden sposób nie przybliża faktycznie do poznania tamtejszych zwyczajów, a o literaturze czy sztuce nawet się nie wspomina. Tym bardziej jako wyzwanie potraktowałam debiutancki film Stephena Page’a – na co dzień szefa grupy tanecznej Bangarra Dance Theatre. Produkcja czerpiąca garściami z mitologii australijskiej ma połączyć przeszłość ze współczesnością. Włócznia stanowi okazję, aby przybliżyć sylwetki Aborygenów dość nietypową metodą.

Na wstępie warto zauważyć, że to niezwykle trudne zadanie przedstawić w sposób zrozumiały (a tym samym niejako międzynarodowy) długą oraz często bolesną historię pomiędzy etniczną ludnością Australii, a europejskimi kolonistami. Różnica pomiędzy tymi dwoma kulturami stanowi punkt wyjścia dla produkcji Page’a, który postanowił przedstawić problem tożsamości pokoleń głównie przez taniec. Należy podkreślić, że nie jest to forma musicalu, a raczej bliższa formie baletu, choć nie można nie wspomnieć o wspaniale ironicznym wykonaniu piosenki My Boomerang Won’t Come Back. Odnieść można wrażenie, że twórca zdecydował się na taki krok ze względu na potencjalną możliwość, że musical wypadłby kiczowato i wypaczyłby całe prezentowane przesłanie filmu. Główny bohater – Djali, wchodzi w dorosłość, jednak ciąży nad nim widmo wielowiekowej aborygeńskiej tradycji. Zatem moment stania się mężczyzną jawi się jako okazja do rozliczenia się z przeszłością, a co najważniejsze stanowi próbę zmierzenia się wpływem obcej kultury na rdzenną ludność. Pojawiają się epizody czytelne, przedstawiane przez postać zwaną Samobójcą, pokazujące borykanie się z nadużyciem alkoholu, przemocą rodzinną, bezdomnością czy zagubieniem własnego ja. Reżyser, korzystając z mowy ciała, wprowadza także symbole, których prawdopodobnie nie odczytamy w przewidywany sposób, jednak zinterpretujemy je przez pryzmat własnego doświadczenia kulturowego. Nawet gdy czegoś nie zrozumiemy, nie należy się zrażać – warto podążyć za ruchem ciał grupy tanecznej, pozwalając porwać się muzyce stanowiącej spojenie tradycji ze współczesnością.

Obraz pulsuje w rytm wydawanych dźwięków, kamera porusza się niemal tak płynnie i swobodnie jak tancerze i choć słów wypowiadanych we Włóczni jest tak niewiele, wydaje się, że Page powiedział dostatecznie dużo. Proces wyniszczania, zatracania tradycji, zestawiony z chęcią pójścia do przodu wraz z rozwojem technologii, problematyka pielęgnowania swoich korzeni oraz uprzedzeń na tle pochodzenia – australijski twórca stworzył niezwykle pojemny film, w którym łatwo się odnaleźć głównie z uwagi na symbolizm. I warto sobie powiedzieć, że temat ten nie dotyczy jedynie ludności Aborygenów – w świecie pozbawionym prawie że granic, każdy z nas staje się ostoją własnych tradycji oraz korzeni. Kwestia, czy przetrwają one następne pokolenia, zależy między innymi od nas samych. Stephen Page prezentuje w swoim debiucie niebywale odważne kino, które bezprecedensowo mierzy się z pomieszaniem przeszłości z przyszłością. Reżyser przypomina, że teraźniejsi potomkowie nieodłącznie związani są z przodkami, a próba zerwania tej więzi doprowadzić może do zatracenia kulturowo-społecznej tożsamości, która jest swoistą drogą donikąd.

Related posts

Leave a Comment