Kino / Teatr Magazyn Recenzja 

Nastoletnie rewolucje – recenzja filmu „Chef Flynn – najmłodszy kucharz świata”

Chef Flynn – najmłodszy kucharz świata to, wydawać by się mogło, dokumentalny samograj. W centrum tego filmu znajduje się bohater tytułowy, chłopak, który gdy jego rówieśnicy zajmowali się chodzeniem do szkoły, uprawianiem sportów, nauką i tym wszystkim, co kojarzy się z typowym życiem nastolatków, siedział w kuchni. 

W otwierających sekwencjach widzimy Flynna robiącego z burakami rzeczy, które nigdy nie przyszłyby mi do głowy. Nie potrzeba dużo czasu żeby zorientować się, że nasza postać jest faktycznie dobra w kuchni. Jego lista dań na kolację przyrządzoną dla przyjaciół jest jeszcze dłuższa niż zamówienie na śniadanie składane przez Reynoldsa Woodcocka w Nici Widmo. 

Zdecydowanie dużym atutem dokumentu Camerona Yatesa jest ilość materiałów archiwalnych, dzięki którym film staje się dużo bardziej rozwiniętą narracją. Jego sprint na kulinarny szczyt został udokumentowany przez matkę, samą parającą się na codzień reżyserią. Choć Asif Kapadia gra w innej lidze niż Yates, to Chef Flynn skojarzył mi się nieco z Amy tego pierwszego. Oba dokumenty sprawnie potrafią stworzyć spójną historię z mnóstwa godzin nagrań.

Wokół postaci Flynna krążą dwie kontrowersje, z którymi film radzi sobie średnio efektywnie. Po pierwsze bohater stając się nastoletnim szefem kuchni kompletnie zaburzył tradycjonalną hierarchię, w której na taką pozycję w restauracji trzeba pracować dekadami. Dokument pokazuje to jako wyjątkowe osiągnięcie, niespecjalnie starając się zgłębić to zagadnienie. W jednej ze scen widać jak otwarcie restauracji Flynna okazuje się kompletną klapą, bo zagubiony chłopak niespecjalnie odnajduje się jako manager swoich pomocników i sous-chefa. Jednak film nie próbuje pokazać niebezpieczeństw kryjących się za takim ominięciem typowej drogi zawodowej.

Po drugie, kwestia super parentingu jest w filmie potraktowana w sposób mocno laurkowy. W jednym z wywiadów Flynn mówi, że miał w życiu dziesięć lat dzieciństwa, i to mu w zupełności wystarczyło. Choć to zdanie czyni z głównego bohatera millenialsa idealnego, jest również w mocno oczywisty sposób niepokojące. Yates niespecjalnie stara się kontemplować ryzyka związane z home schoolingiem, i w efekcie jest mocno bezkrytyczny względem swojej postaci. 

Być może dokument pozbawiony jest jakiegokolwiek pazura, bo Yates jest zaprzyjaźniony z matką głównego bohatera? Być może do tej historii potrzebny był reżyser, który nie miałby hamulców przy konfrontowaniu swoich bohaterów? Jak mawia stare dziennikarskie przysłowie, nie pisze się o własnej ulicy.

Ocena: 5/10

Related posts

Leave a Comment