Kino / Teatr Recenzja 

Nazywaj mnie swym imieniem – recenzja filmu „Tamte dni, tamte noce”

Luca Guadagnino jak żaden inny reżyser potrafi umiejętnie oddać wakacyjny urok spędzania czasu z dala od cywilizacji w zaciszu małego miasteczka. Panujący upał, mieniąca się woda – czy to w basenie, czy w jeziorze – oraz intensyfikujące się pomiędzy bohaterami emocje – opis ten pasuje do jego poprzedniej produkcji, jaką byli „Nienasyceni”. Jeśli komuś przypadł do gustu styl włoskiego twórcy charakteryzujący się dominacją uczuć nad słowami, z pewnością powinien zobaczyć jego najnowszy obraz. „Tamte dni, tamte noce” zostały nominowane do nagrody Oscara w czterech kategoriach, w tym za najlepszy film. Jednak czy środowisko Hollywood gotowe jest nagrodzić niszowy, niskobudżetowy utwór? Przekonamy się o tym niebawem.

Akcja filmu rozgrywa się podczas słonecznego lata w niewielkim mieście – Crema, znajdującym się w północnych Włoszech. Miejsce fabuły jest istotne, choć raczej z uwagi na swój niebywały klimat – sielankowość pomieszana z nudą wymusza na głównym bohaterze zagłębianie się w literaturze i muzyce. Elio nie stroni również od kontaktów z rówieśnikami, próbując smakować pierwszych doświadczeń miłosnych. Wszystko jednak zmieni się wraz z przyjazdem amerykańskiego stypendysty – Oliviera – pracującego z jego ojcem. Stereotypowe postrzeganie tej właśnie pory roku jako idealnego okresu na przelotny romans znajduje odzwierciedlenie w filmie Guadagnino. Jednak reżyser tematykę tę podejmuje w sposób pozbawiający ją płytkości oraz pewnego rodzaju przereklamowania. Uczucie pomiędzy bohaterami rozwija się niebywale ostrożnie – choć widz od początku podskórnie wyczuwa, co się, kolokwialnie mówiąc, święci, twórca igra z przyzwyczajeniami odbiorcy. Wszak są wakacje – okres pełen lenistwa i braku pośpiechu: jednak z czasem pojawi się pytanie z ust Elio, dlaczego stracili tyle dni i nocy. Pytanie niezwykle kłujące i słuszne – zwłaszcza dla kogoś, kto uprawiał podobne podchody jak główne postacie.

Nie bójmy się stwierdzenia, że „Tamte dni, tamte noce” są filmem o dojrzewaniu, poszukiwaniu samego siebie, odkrywaniu własnej seksualności. Tematyka ta w kinie nigdy nie zniknie, a metody podejmowania jej są na tyle szerokie, iż nadal jest możliwość ujęcia tego zagadnienia w angażujący oraz nietypowy sposób. Przedstawienie wzajemnej fascynacji pomiędzy bohaterami oraz eskalacja ich uczuć umiejętnie zostały wplecione w tło historyczne – warto zauważyć, że wydarzenia rozgrywają się w 1983 roku, a u starszej pani nadal wisi porter Mussoliniego. W tym świecie nie ma miejsca na otwartą miłość homoseksualną, co wzmacnia konieczność posługiwania się niedopowiedzeniami oraz gestem.

Film włoskiego reżysera to popis dwóch aktorów – Timothée Chalameta wcielającego się w rolę Elio oraz Armiego Hammera odgrywającego postać Oliviera. Należy przyznać, iż w duecie artyści perfekcyjnie prezentują się na ekranie, wzajemnie się uzupełniając. Trafnie rozpisane dialogi z pewnością ułatwiły im zadanie, choć warto zaznaczyć, iż słów w ciągu całej produkcji zbyt wiele nie pada. Chalamet samodzielnie poradził sobie z rolą, jednak nie przykuwa uwagi odbiorcy (nie licząc ostatniej, rewelacyjnej sceny), czego nie można powiedzieć o Hammerze. Starszy z aktorów wypada na ekranie bardziej charyzmatycznie, prezentując emocje w przekonujący sposób.

Omawiając „Tamte dni, tamte noce” nie można nie wspomnieć o muzyce, która stanowi niemal równego postaciom bohatera. W części scen bardzo wyrazista, podsycająca atmosferę wydarzeń, aby w drugiej chwili zmienić się w cichego towarzysza nie zagłuszającego właściwej akcji. Zwłaszcza w ucho wpada piosenka „Mystery of Love” w wykonaniu Sufjana Stevensa, choć osobiście bardziej urzekła mnie melodia „Visions of Gideon” z ostatniej sceny obrazu.

Film włoskiego reżysera pomimo wakacyjnej sielanki pozostawia gorzki posmak rozczarowania połączonego z młodzieńczym niespełnieniem. Ten moment, który pozwala zapomnieć o ewentualnych konsekwencjach popełnianych czynów, trwa byt krótko. Luca Guadagnino stworzył obraz dający się chłonąć bez zastanowienia, pozwalający odbiorcy na rozliczenie się ze sobą samym. I choć prezentowana historia wydawać się może trochę zbyt naiwna czy schematyczna, nie wpływa negatywnie na odbiór produkcji. Wciąż po seansie mamy nadzieję, że ktoś zwróci się do nas swoim imieniem.

Ocena: 8/10

Related posts

Leave a Comment