You are here
Bez kategorii Kino Magazyn 

„Obcy: Przymierze” – ale to już było!

Na całe szczęście nie odczuwam wielkiej zażyłości emocjonalnej z serią o „Obcym”. Na szczęście, bo jak na wskrzeszenie kultowej marki po tak wielu latach film wypada niesamowicie blado, nieefektownie i bezcharakternie, czego zazwyczaj nie możemy zarzucać innym ”wskrzeszeniom po dekadach”, jak np. „Przebudzenie mocy”, które mimo masy innych wad starało się jednak pozostać zapamiętane w świadomości masowego widza. Zwłaszcza, jeśli Ridley Scott próbuje wcielić w życie tak rewolucyjne dla marki koncepty jak kolejny typ ksenomorfa, geneza obcych, dywagacje nad sztuczną inteligencją, miłość, kolonizacja i seks pod prysznicem. Niestety, zabiera się za wszystko z całkowitą ignorancją dla całego dorobku nowoczesnego sci-fi, kopiując znane motywy i próbując opchnąć widzowi jako stuprocentowo oryginalne pomysły.

I w całej ridleyowej miłości do samego siebie, nie dziwi, że jednak najczęściej z dobrych pomysłów obdziera właśnie swoje poprzednie filmy. Robi to, nie dość że perfidnie, bo najciekawsze sceny to właśnie te zerżnięte z wcześniejszych odsłon „Obcego”, to jeszcze jakby kompletnie bez świadomości, dlaczego działały tak dobrze niemal czterdzieści lat temu, przy okazji „Ósmego pasażera Nostromo”. Ale widać to już w głównych fabularnych decyzjach, gdzie kosmiczna alienacja i samotność, za którą tak kochamy pierwszą odsłonę serii zostaje zastąpiona miłością z opakowania płatków śniadaniowych. Dlaczego? Bo Ridley wpadł na pomysł, że warto by coś nowego tu zaproponować i na pokładzie znajdują się same pary, co to głaskają się po główce, rzucają erotyczne uwagi, a gdy robi się kiepsko, głośno płaczą w ekran i przeklinają świat na czym tylko stał. No i szkoda, bo zamiast czuć przez to jeszcze większą obawę o bohaterów ludzkich, czujemy całkowitą obojętność, gdyż oprócz silnej i niezależnej wcale-nie-Ripley na tle ponad dziesięcioosobowej załogi wyróżnia się tylko Danny McBride, a to też jedynie przez wzgląd na fajny wąsik i kowbojski kapelutek.

Nie dziwi więc, że absolutnie najlepszym bohaterem filmu staje się nie postać ludzka, a robotyczna, grana przez Michaela Fassbendera. A tak naprawdę dwie postanie robotyczne grane przez Michaela Fassbendera, które mimo jednakowego pochodzenia, zagrane zostają z subtelną różnicą, co sprawia że nie traktujemy ich jedynie jako metalowe puszki z konserwą, a bardziej jak metalowe puszki z konserwami różnych od siebie firm. Nie sprawia to jednak wcale, że są to postacie dobrze napisane. Jeden wyróżnia się na tle załogi jedynie robotyczną koordynacją ruchów, drugi natomiast okazuje się być ogromnym spłyceniem konceptu, który Kubrick zaproponował już niemal 50 lat temu.

I ten rys całkowitej miałkości w budowaniu i portretowaniu bohaterów Scott pociągnął tak naprawdę na wszystkie inne poziomy swojego filmu. Odgrzebywanie pomysłów mielonych setki razy przez popkulturę w syntezie z całkowitą bezpłciowością udziela się tu nie tylko elementom filmowego tła, czyli neomorfom czy filmowym lokacjom, ale także samej fabule. Przez pierwsze 40 minut dostajemy genialne warunki na budowanie charakterów ekranowych postaci, niestety zostają one spożytkowane na puste szwendanie się po statku i wielkie słowa bez pokrycia. Potem nuda zostaje zastąpiona przez całkowitą oczywistość, gdzie geneza ksenomorfów okazuje się być ogromnym rozczarowaniem i pójściem w najbardziej znane popkulturowe rejony, a kluczowy zwrot akcji – zagadką do odgadnięcia jeszcze w połowie filmu.

Na dokładkę boli jeszcze ogromny rozkrok starego Scotta, rozkrok między cichym horrorem a kinem akcji, między pretensją a oczywistością, między ambicjami a chęcią zrobienia czegoś dostosowując się do światowych trendów. „Obcy: Przymierze” staje się przez to wielkim patchworkiem dobrych pomysłów i złych decyzji, ciekawych elementów i kiepskich rozwinięć. Na żadnym innym filmie w tym roku nie trzymałem kciuków i przewracałem oczami jednocześnie tak często jak na seansie nowego „Obcego”. I nie wiem czy to dobra rekomendacja.

Nie znaczy to oczywiście, że nowy „Obcy” jest filmem złym. Upakowany całkiem estetycznymi kadrami i naprawdę rewelacyjnie wyciszonym zakończeniem, stanowi raczej ładnie zapakowany prezent pod choinką tegorocznego mainstreamowego kina. Ale po rozwiązaniu wstążki i rozerwaniu śliskiego papieru w środku znajdujemy tylko ten sam prezent, który dostajemy każdego roku od twórców kina akcji w kosmosie – czarne skarpetki. W gwiazdki.

Related posts

Leave a Comment