Kino Magazyn 

„Olli Mäki. Najszczęśliwszy dzień jego życia” – miłosny nokaut

Rok temu podczas gali ogłoszenia laureatów canneńskiej sekcji Un Certain Regard (inne spojrzenie) świat obiegła informacja o narodzeniu się nowego talentu w świecie artystycznego kina. Młody fiński reżyser Juho Kuosmanen niespodziewanie pokonał takie znane filmy jak „Czerwony żółw”, „Aż do piekła”, czy „Captain Fantastic”. Od 1998 roku sekcja „Inne spojrzenie” daje możliwość mało znanym twórcom na zaprezentowanie swoich dzieł szerokiej publiczności. To dzięki tej sekcji wypromowało się wiele znanych i cenionych nazwisk, wśród nich Apichatpong Weerasethakul, Cristi Puiu, czy Yorgos Lanthimos. Mówi się, że to taki przedsionek do konkursu głównego i zarazem kuźnia nowych talentów. Dlatego co roku uważnie obserwuję nagrodzonych w tej sekcji, ponieważ być może za parę któryś z tych reżyserów osiągnie sukces na jednym z trzech najważniejszych europejskich festiwali. Ubiegłego roku skromne, czarno-białe dzieło opowiadające historię boksera z peryferii rozkochało tamtejsze jury.

Akcja filmu rozgrywa się w stolicy Finlandii w latach 60-tych. Gwiazda ringu, amator Olli Mäki, ma szansę na zdobycie tytułu mistrza świata w pojedynku z Daveyem Moorem. Amerykański bokser wygrał 64 ostatnie walki i jest zdecydowanym faworytem. Olli podczas wyczerpującego treningu musi nie tylko przygotować się do walki, ale także zrzucić kilogramy, aby zakwalifikować się do wagi piórkowej. Skromny sportowiec z prowincji zupełnie nie wierzy we własne siły, a jedyną osobą przekonaną w jego sukces jest manager. Na przeszkodzie stoi jeszcze jedna sprawa; Olli poznał właśnie miłość swego życia. Czytając opis fabuły przed obejrzeniem zastanawiałem się co w tak prostej historii może być fantastycznego i porywającego. Zwykła, przeciętna opowieść o sporcie i miłości nie odróżniająca się od tzw. „niedzielnego kina”. Tym większe zaskoczenie, że podczas seansu autentycznie pokochałem dwójkę głównych bohaterów, a ilość inspiracji i świadomego korzystania z tradycji kinematografii wprost oczarowała moją cyniczną duszę „krytyka”. Fiński reżyser umiejętnie balansuje na granicy dwóch gatunków. Z jednej strony mamy klasyczną opowieść o sportowcu, który ciężką pracą dąży do wytyczonego celu, a z drugiej strony tradycyjną love story. 

Największą zaletą filmu jest jego uwodzicielski klimat. Współpraca na poziomie operator-reżyser wybija się tutaj na pierwszy plan. Przepiękne czarno-białe zdjęcia kręcone na taśmie 35mm idealnie współgrają z nostalgicznym nastrojem dzieła. Juho Kuosmanem snując swoją opowieść osadzoną w latach 60-tych cytuje dokonania ówczesnych mistrzów kina na czele z Truffaut, Rivettem, czy w mniejszym stopniu, ale jednak występującym Godardem. Szczególnie widać to w ujęciach dziejących się w mieście, a także w miłosnej relacji głównych bohaterów. Lekkość reżyserii i „wałęsanie się” postaci po ekranie przypomina z kolei ówczesne dokonania Federico Felliniego. Wielkość reżyserii młodego Fina polega na poszukiwaniu swojego autorskiego języka w inspiracji wielkimi klasykami kina (coś jak Chazelle w „La La Land”). Łączy on bardzo przystępną historię z wyrafinowaną i przemyślaną formą. Jestem skłonny powiedzieć, że to kino, które spodoba się doświadczonemu kinomanowi, jak i osobie, która sporadycznie ogląda filmy.

Małe kino, ale niezwykle urzekające. Miałem przyjemność zadania kilku pytań samemu twórcy podczas wydarzenia w kinie Nowe Horyzonty odbywającego się przy okazji rozdania Europejskich Nagród Filmowych. Reżyser podzielił się ciekawostką, iż w ostatniej sekwencji pojawia się prawdziwy Olli Mäki wraz ze swoją małżonką. Dzięki temu zabiegowi ostatnia scena nabiera wręcz transcendentnego znaczenia. Warto zanotować sobie jego nazwisko, bowiem jego następny projekt może okazać się triumfatorem Złotej Palmy etc. Nie bez przyczyny otrzymał w poprzednim roku nagrodę FIPRESCI „Odkrycie roku”.

Ocena 7/10

Related posts

Leave a Comment