Kino / Teatr Magazyn 

„Personal Shopper”: Kristen, nie tędy droga!

Reżyser-kinofil to mój ulubiony gatunek twórcy. Oglądając dzieła filmowych erudytów czuję pewną więź, pokrewieństwo dusz, które kupuje z miejsca moją sympatię. Olivier Assayas, tak jak trzydzieści lat wcześniej Godard czy Truffaut, pisywał dla Cahiers du cinéma. Zaczynając jako krytyk, i pożerając filmy w paryskiej filmotece, stał się kinofilem, choć sam się od tego tytułu obecnie odżegnuje. W jego filmografii można odnaleźć hołdy dla twórczości azjatyckich mistrzów (Irma Vep, Hou-hsiao Hsien: Portret), romanse z kinem gatunkowym (Demonlover) oraz politycznie zaangażowanym (Carlos). Szkoda jednak, że nie poświęcił chwili na obejrzenie Body/Ciała Małgorzaty Szumowskiej, bo być może oszczędziłby sobie upokorzenia związanego ze swoim najnowszym obrazem, czyli Personal Shopper. Film został podczas premiery w Cannes wygwizdany, po drugim pokazie otrzymał owacje na stojąco, zaś z festiwalu wyjechał ze Złotą Palmą za reżyserię. Osobiście byłbym bardziej skłonny ku tej pierwszej reakcji.

Absurd Personal Shopper widać już na etapie streszczania fabuły. Maureen (Kristen Stewart) to medium, i jednocześnie personalna stylistka celebrytki Kyry (Nora von Waldstätten). Czeka na kontakt od swojego zmarłego brata, który obiecał się odezwać zza światów. W trakcie swojej pracy kursuje pomiędzy Londynem i Paryżem, wożąc ciuchy dla swojej szefowej. Pewnego dnia otrzymuje tajemniczego esemesa od nieznanego numeru (czyżby od ducha?). Chwilę potem Personal Shopper przeradza się w dziwactwo na pograniczu kina erotycznego i slashera, by, ni z gruchy ni z pietruchy, skończyć się w Omanie jedną z najbardziej kuriozalnych scen w kinie ostatnich lat. 

Assayas ze zgrabnością Mariusza Pudzianowskiego kreśli historię o żałobie i radzeniu sobie ze stratą bliskiej osoby. Robi to, korzystając z zabiegów na krawędzi patosu i parodii. Pretensjonalna metafizyka w kinie, tak celnie i szyderczo obnażona przez Małgorzatę Szumowską we wspomnianym Body/Ciele pod batutą Francuza ponownie powraca do świata żywych.

Personal Shopper staje w rozkroku pomiędzy kinem artystycznym i gatunkowym, puszczając oko to w jedną, to w drugą stronę. Niestety, jakby na ten film nie spojrzeć, to pod ciężarem krytycznego spojrzenia rozsypuje się on w drobny mak. Jako horror zawodzi szkaradnymi efektami specjalnymi i nieumiejętnym budowaniem napięcia, jako historia o stracie bliskiej osoby jest prostacko łopatologiczny, zaś jako obraz krytykujący świat mody i celebrytów jest płytki jak kałuża.

Kristen Stewart miota się na ekranie z przerażeniem: nie wiadomo jednak, czy jest to przerażenie wywołane przez wydarzenia filmowe, czy też przez to, że dopiero na planie zdjęciowym zdała sobie sprawę z tego, w co się wpakowała. Jej bezradność w obliczu scenariuszowej i reżyserskiej indolencji Assayasa jest tym bardziej frustrująca, gdy widz przypomni sobie Sils Marię, którą ten duet stworzył dwa lata wcześniej.  Poprzednie dzieło, choć często grzeszyło pretensjonalnością, emanowało lekkością i stanowiło ciekawą historię aktorki na rozdrożu. Nic nie zwiastowało wolty, jaką Assayas dokonał późniejszym dziełem.

Dojście do tego, o co chodziło Francuzowi w tym filmie pozostawiam innym, ja już dawno wywiesiłem białą flagę. Polecam trzymać się od Personal Shopper z dala, chyba że jesteście fanami twórczości Tommy’ego Wiseau czy Neila Breena, bo w ich okolice tym dziełem zapikował Assayas.

Ocena: 2/10

Related posts

Leave a Comment