Kino / Teatr Magazyn 

Podróż wyrzutów sumienia – ,,Frantz”, recenzja

Po roku sukcesów na najważniejszych europejskich festiwalach, oraz wyróżnień Francuskiej Akademii Filmowej na polskie ekrany zawitała francusko-niemiecka koprodukcja reżyserii topowego europejskiego reżysera Françoisa Ozona. Już od momentu pojawienia się pierwszych recenzji z festiwalu w Wenecji wiedziałem, że mamy do czynienia z filmem spełnionym, który swą niezwykłą formą oraz urzekającą oprawą audiowizualną rozkochuje w sobie widza już od pierwszych swoich minut. Jednak Francuz nie byłby sobą, gdyby w pozornie prostej historii nie dodał nurtujących pytań dotyczących między innymi istoty miłości, czy radzeniu sobie z ciężkim brzemieniem wojennych traum. Francuski reżyser bierze na warsztat materiał zaczerpnięty z amerykańskiego filmu z lat 30-tych („Broken Lullaby” Ernsta Lubitscha) i tworzy remake na swoich zasadach. Do prostej konstrukcji amerykańskiego klasyka dodaje nutkę europejskiego poczucia estetyki oraz wyczucia smaku, w efekcie czego otrzymujemy prawdziwą dawkę rozkoszy wizualnej, jak i emocjonalnej.

W niewielkim niemieckim miasteczku młoda Niemka, Anna, odwiedza miejsce spoczynku poległego na froncie I Wojny Światowej narzeczonego. Dziewczyna spotyka nad grobem Frantza tajemniczego mężczyznę obcego pochodzenia. Mężczyzna imieniem Adrien okazuje się przybyszem z Francji. Przedstawia się jako przyjaciel zmarłego. Z biegiem czasu między Francuzem a Niemką zrodzi się osobliwa więź, a być może i głębsze uczucie. Później jednak na światło dzienne wyjdą sprawy, które trudno wybaczyć i zapomnieć. Niezabliźnione rany z przeszłości postawią dwójkę głównych bohaterów przed ciężkim dylematem moralnym, który utworzy pomiędzy nimi barierę. Barierę, którą zniszczyć może jedynie bezdenna miłość.

Od samego początku francuski reżyser stawia na wysmakowane, czarno-białe kadry i nieśpieszną kontemplacyjną narrację. Snuje swoją historię przy pomocy idealnie skomponowanych ujęć oraz płynnej i powolnej pracy kamery. Jestem skłonny napisać, że Ozon wspólnie ze swoim stałym operatorem Pascalem Martim otarli się o operatorski geniusz, przypominający największe dokonania szwedzkiego autora zdjęć Svena Nykvista. To zdecydowanie najlepiej nakręcony film tego roku (przebija nawet malarskie kadry ze „Śmierci Ludwika XIV”) i jeden z najbardziej oddziałujących na emocje dzieł ostatnich lat. François Ozon delektuje się każdą celuloidową klatką nie zapominając o tym co w filmie jest najważniejsze, o historii, która wzbudzi zainteresowanie i pozwoli znaleźć emocjonalną więź z bohaterami. Nie przez przypadek poświęcam tak dużo uwagi samej oprawie audiowizualnej. Jest ona bowiem pełnoprawnym uczestnikiem opowieści, a w momentach kulminacyjnych, czy też wewnętrznego poczucia spokoju pośród bohaterów, reżyser decyduje się na zmianę kodu wizualnego na lekką kolorystykę sepii. Niesamowity zabieg formalny, który w cudowny sposób rozładowuje napięcie w samej historii jak i w nas samych. 

Jednak film nie oddziaływałby tak mocno, gdyby nie dwie wybitne kreacje głównych aktorów. Mowa tu o Pauli Beer wcielająca się w postać Anny i Pierre’a Nineya grającego postać Adriena. Dwie całkowicie inne i wymagające wykorzystania różnych środków aktorskich role. Pierre Niney jako enigmatyczny i nieoczywisty weteran wojenny, natomiast Paula Beer starająca pogodzić się ze śmiercią ukochanego z niezwykle złożonym portretem psychologicznym. Jestem w stanie napisać, iż rola Beer obok Natalie Portman w ,,Jackie” jest żeńską kreacją tego roku. To prawdziwy diament europejskiego aktorstwa i talent, który w przyszłości z pewnością zaowocuje kolejnymi znakomitymi kreacjami.

Specjalnie tak mało skupiłem się na samej fabule, ponieważ im mniej się wie na temat tej historii, tym większe zrobi ona wrażenie i tym bardziej zadziała na polu emocjonalnym. Film jest wiwisekcją radzenia sobie z wyrzutami sumienia, które nie dają spokoju i przez cały czas obecne są w ludzkiej duszy. Dzieło Ozona jest swoistą podróżą w odnalezieniu spokoju ducha oraz próbą zadośćuczynienia za popełnione czyny. Być może wyprawa ta okaże się bezsensowna. Jednak czasami nie tylko cel podróży jest najistotniejszy. Czasami to przebyta droga jest celem samym w sobie, dzięki której możliwe jest dojście do pogodzenia się ze swoim losem. François Ozon zostawia widza z tego rodzaju pytaniami, a po seansie możliwe jest przeniknięcie do najgłębszych obszarów swojej duszy. Działanie terapeutyczne poprzez dużą dawkę emocji. Coś niebywałego i jednak rzadko spotykanego we współczesnym kinie. Od dzisiaj trzymam „Frantza” dogłębnie w moim sercu.

Ocena:9/10           

Related posts

Leave a Comment