Kino / Teatr Magazyn 

„Popek za życia”: Król na sterydach

Popek, gdyby chciał, mógłby tym filmem znacząco ocieplić swój wizerunek i mieć wreszcie święty spokój. To jednak nie w jego stylu. Dlatego jeśli do tej pory uważaliście go za świra i degenerata, po seansie nie zmienicie o nim zdania.

Najgorsze filmy biograficzne to te, w których scenarzyści robią swoim postaciom fellatio. Oj, jak przykro patrzy się na te pieszczoty, które z prawdziwym życiem mają tyle samo wspólnego, co porno z miłością. Jak mało wiarygodnie wypada na ekranie wesoły i  promienny benefis. W końcu, jak śmiać się chce, gdy taki obraz zestawimy ze szczerą książką by przekonać się, że bohater nie był zrobiony z lukru. Bo pisarze dobrze o tym wiedzą, a filmowcy jeszcze nie do końca, że w każdym życiorysie najciekawsze są  jego mroczne fragmenty. Dlatego wywiad-rzeka Twardocha z Khalidovem to bestseller a „Maria Skłodowska-Curie” okazała się klapą.

Mateusz Winkiel – reżyser „Popka za życia” – odrobił tę lekcję skrupulatnie. Zamiast udawać, że Paweł Mikołajuw to rozsądny i poukładany mężczyzna, wyciągnął od niego historię o tym jak po zarzuceniu kwasa i zapadnięciu w śpiączkę zarzucił kwasa i zapadł w śpiączkę. Od pudrowania skaryfikacji i zasłaniania wytatuowanych gałek ocznych kontaktami wolał drastyczne sceny z operacji, w trakcie których powstały. Ani myślał o tym, żeby pominąć kwestie pijaństwa (Popek po alkoholu zachowuje się jak zwierzę) i narkotyków. Jeśli w którymś momencie raper jest wybielony, to tylko wtedy, gdy akurat wciąga kreskę przed kamerą. Inaczej ten film nie miałby sensu.

Chociaż według niektórych nie ma i tak. Wyedukowani użytkownicy Filmwebu podważyli jego zasadność takimi słowami jak: „nie dawajcie debilowi zarabiać”, „jeszcze będą robić filmy o takich debilach”, „to jest bezmózgie beztalencie gadające do mikrofonu”,ten debil nie powinien mieć jakiegokolwiek dostępu do mediów”, „odciąć gnojowi Internet i niech zdycha naćpany”. Debil, czy nie (film jednoznacznie tego nie wyjaśnia), Popek dla polskiego odbiorcy był zagadką. Ok, Król Albanii, Gang Albanii, pizda nad głową, wiadomo. Ale skąd się wziął, jak żył, dlaczego odniósł sukces, te tematy były konsekwentnie zastępowane kreowanymi przez media skandalami. Teraz można przypatrzeć się im z bliska. Twórcom udało się wyciągnąć od Mikołajuwa takie historie, że głowa mała. M.in. o dorastaniu w skrajnej patologii, o jumaniu portfeli, o kolorowych czasach spędzonych w Holandii, o nagrywaniu ośmiuset piosenek w zapuszczonej kanciapie, o przedostawaniu się z Wielkiej Brytanii do Polski w kontenerze.  Dlatego wcale nie zdziwiłoby nas, gdyby kiedyś Vega wcielił w życie ten primaaprilisowy żart, w którym kręci film o Popku.

Jeśli ktoś choć trochę śledzi to, co raper wyprawia, zrozumie, że „Popek za życia” musiał powstać. Inaczej Popek nie byłby królem, a co najwyżej sołtysem.  Dość przekornie jednak dokument nie idzie w stronę megalomaństwa. Narracja prowadzona jest w stylu „i króla robaki zjedzą”. Dlatego widzimy Popka czule opiekującego się córką, Popka mówiącego, że jego największym marzeniem jest zapewnienie godnego bytu rodzinie, Popka cierpliwie fotografującego się z fanami i Popka odwiedzającego mamę w rodzinnej Legnicy. Przy czym każda z tych scen jest do bólu prawdziwa. Budując swój film na prawdzie Winkiel zyskał bardzo wiele. O ile ciężko jest doszukać się w tej produkcji filmowego kunsztu, o tyle zorientowanie się, że nikt tu niczego nie udaje, przychodzi z łatwością. 

W tym miejscu poszukiwanie atutów powinno się zakończyć. Film obroniłby się surowym przekazem. Niestety Winkiel uniósł się ambicją i spróbował stworzyć portret postaci o nieodgadnionej osobowości. Wrażliwego twardziela, opiekuńczego ćpuna, chorego psychicznie romantyka.
W materiałach prasowych pojawia się nawet stwierdzenie, że Popek to róża wyrosła w betonie. Ale halo, nie nazywajmy szamba perfumerią. Przez ponad godzinę na ekranie obserwujemy gościa, którym kierują najprostsze mechanizmy, przede wszystkim instynkt przetrwania. Kradł, żeby mieć co jeść, bił dla pieniędzy, tworzył muzykę po to, by utrzymać partnerkę i dziecko, pił na umór, bo trasa koncertowa była zbyt męcząca. Większej filozofii w tym nie ma.

Słowa mające prawdopodobnie puentować cały film brzmią tak: ja (czyli Popek) pokazuję wam to, czego sami się wstydzicie. Mają nas kierować do kolejnej naciąganej teorii, zgodnie z którą w każdym z nas jest trochę Popka. No, nie w każdym. Bo nie każdy podwieszał się na hakach, nie każdy okradał samochody i nie każdy roztrwonił sto dwadzieścia tysięcy złotych w miesiąc. Nie każdy jest też tak bezkrytyczny wobec swojej formy fizycznej, szczególnie, kiedy odżywia się głównie kokainą i fast foodami. Dlatego lepszymi słowami zbierającymi film do kupy byłyby te: ja (czyli Popek) pokazuję wam to, co chcę i mam w dupie, czy mnie polubicie.

Ma to w dupie tak głęboko, że nawet w filmie dokumentalnym o sobie nie próbował wzbudzić sympatii. Po obejrzeniu „Popka za życia” raczej nikt nie nazwie go słodziakiem i nie powie „o, ale miły facet, poszedłbym z nim na kawę”. Jest za to szansa na to, że może ktoś pod zbroją mięśni i litrami tuszu do tatuażu dostrzeże jeszcze krew i kości.

Related posts

Leave a Comment