Kino / Teatr Magazyn Recenzja 

Śniąc piękny sen – recenzja filmu „Dusza i ciało”

Tworząc film, choć nie jest to głównym zamiarem twórcy, mimo wszystko pojawia się chęć zdobycia jakichś osiągnięć na arenie międzynarodowych festiwali. Ciężko mówić o istnieniu klucza, który prowadziłby do stworzenia produkcji podbijającej serca krytyków, jednak wyczuwa się, iż niektóre obrazy nakręcono typowo pod gusta festiwalowego jury. Géza Morcsányi – odtwórca jednej z głównych ról, na spotkaniu powiedział, iż dla aktorów zagłębienie się w świat „Duszy i ciała” to była czysta przyjemność, jednak nie liczą się zdobyte nagrody, ale uznanie wśród widzów.

Najnowszy obraz Ildikó Enyedi został uhonorowany Złotym Niedźwiedziem na Berlinale, a więc jedną z najważniejszych statuetek, jakie otrzymać może film artystyczny. Nie da się ukryć, iż kino węgierskie przeżywa swój, nieco hiperbolizując, renesans – co potwierdza nie tylko sukces Enyedi, ale również przyznany Oscar w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny dla „Syna Szawła” w reżyserii László Nemesa. Kinematografia węgierska coraz prężniej wchodzi na międzynarodowe ekrany, przyciągając uwagę odbiorcy nietypowym sposobem prezentowania świata. I choć wydawać by się mogło, iż same historie opowiadane były już wielokrotnie, to te produkcje przynoszą ze sobą powiew świeżości.

„Dusza i ciało” zaczyna się podobnie jak „Pokot” – od obrazu przyrody, który to będzie przeplatał się z głównym wątkiem fabularnym podczas trwania całego filmu. Aż trudno uwierzyć, że sceny te kręcone były w naturalnych warunkach, a nie tworzone komputerowo – po prostu trzeba to zobaczyć: zwierzęta zachowują się w niezwykły sposób. Jednak świat przyrody jest tylko sennym wyobrażeniem tego, co dzieje się w rzeczywistości. Akcja filmu rozgrywa się w zakładzie mięsnym, a precyzując – w rzeźni, gdzie widz poznaje głównych bohaterów. Endre to mężczyzna w średnim wieku zajmujący managerskie stanowisko, trochę już wypalony życiem, natomiast Maria jest dopiero co zatrudnioną kontrolerką jakości mięsa, stosunkowo młodą, choć nie do końca przystosowaną do życia w społeczeństwie. Oboje podskórnie czują, że są w stanie sobie wzajemnie pomóc, jednak nie jest im łatwo przełamać w sobie barierę neurotyka. W poszukiwaniu drogi do kontaktu z innym człowiekiem możliwe ścieżki zdradza nam tytuł filmu – główni bohaterowie rozpoczynają od duszy swoją znajomość, która wiąże się z pytaniem, czy można śnić ten sam sen. Relacja między postaciami stale się pogłębia, odkrywając przed odbiorcami ich myśli, a także słabości.

Produkcja Enyedi mogłaby stać się niezwykle naiwnym obrazem ostrożnej miłości, gdyby nie niezwykłe wyczucie reżyserki operowania ironią, a momentami i groteską. Świetnym przykładem może okazać się scena nie tylko wybierania „muzyki dla zakochanych”, ale również ta z piosenką Laury Marling „What he wrote”, która wywołać ma liryczny, melancholijny nastrój, a jednak dochodzi do niespodziewanego przełamania atmosfery. „Dusza i ciało” w ostatecznym rozrachunku wzrusza widza, chwilami rozbawia go, ale przede wszystkim zmusza do myślenia na temat relacji międzyludzkich, izolacji, a nawet i zależności występujących w małych społecznościach, takich jak zakład, w którym pracują bohaterowie.

Géza Morcsányi wcielający się w rolę Endre nie jest zawodowym aktorem – więcej, do tej pory stawał po drugiej stronie kamery. Jako aktor spisał się po prostu świetnie – swojego bohatera odgrywa w sposób naturalny oraz przekonujący na tyle, iż odbiorca zżywa się z nim emocjonalnie, a również kibicuje mu. Osobiście, mam nadzieję, że Morcsányi nie zakończy swojej aktorskiej przygody na udziale w tej jednej produkcji, ponieważ z przyjemnością ogląda się go na ekranie filmowym. Równie dobrze wypada u jego boku Alexandra Borbély grająca Marię. Mająca niewielkie doświadczenie aktorka poradziła sobie z trudną rolą kobiety unikającej kontaktu z innymi, a swoją pracę wykonującą z najwyższą, wręcz absurdalną, precyzją.

„Dusza i ciało” to ciekawy seans zarówno pod względem czysto wizualnym, jak i fabularnym. Można się zdziwić, że banalna historia jest w stanie aż tak zaangażować emocjonalnie odbiorcę. A jednak z zachwytem śledzi się losy bohaterów, którzy mimo bycia nieco przerysowanymi, podbijają serca publiczności. Odzwierciedlają oni uniwersalne lęki oraz trudności przed podjęciem próby nawiązania kontaktu z innym człowiekiem, jednakże przesłanie nie jest tak oczywiste. W węgierskiej produkcji dominuje dualizm – człowiek i zwierzę, dotyk oraz uczucia. Enyedi balansuje pomiędzy tytułową duszą i ciałem, wskazując, iż muszą się one równoważyć, aby uzyskać perfekcję – może i banalna myśl, jednak w pełni prawdziwa oraz wiecznie aktualna.

ocena: 9,5/10

Related posts

Leave a Comment