Kino / Teatr Magazyn Recenzja 

Spragnieni miłości – „Gdyby ulica Beale umiała mówić”

Gdyby Ulica Beale umiała mówić Jamesa Baldwina zaczyna się od słów: “Patrzę na siebie w lustrze”. Mówi do nas Tish, główna bohaterka. Gdy powieść się ukazała w 1974 roku, jeden z recenzentów pisał o niej tak: “Jeśli oko jest faktycznie drzwiami do ludzkiej duszy, to James Baldwin w Ulicy Beale… obnaża wielu swoich bohaterów do nagości”. Reżyser Moonlight adaptując tę powieść uzyskał bardzo zbliżony efekt. W filmie Barry’ego Jenkinsa kilka razy zdarzy się tak, że bohaterowie będą spoglądać na swoje odbicie. Ale jeszcze częściej będą oni patrzeć prosto w kadr, wrzucając emocje widzów na głęboką wodę. Tu nie ma mowy o żadnym podglądaniu, jest raczej zaproszenie do współuczestnictwa w historii o parze młodych ludzi rozdzielonych przez fałszywe oskarżenie o gwałt.

Retro stylistyka aż wylewa się z barw, którymi operuje Jenkins. Widzieliśmy je u trzech mistrzów melodramatu: najpierw w starym hollywoodzkim kinie Douglasa Sirka, które później zostało odświeżone i zyskało społeczny wymiar w latach siedemdziesiątych u Fassbindera. Przywołuję najpierw tych dwóch autorów, ponieważ Jenkins w ich duchu opowiada o intymnej tragedii i niesprawiedliwości, jednocześnie zapisując ją w kontekście amerykańskich nierówności rasowych. Na koniec dorzućmy jeszcze Wong Kar-Waia, który jest najsilniejszą inspiracją dla języka, jakim posługuje się twórca Moonlight. To właśnie reżyser z Hong Kongu, ze swoją manierą do segmentowania narracji, i zapisywaniu swoich bohaterów w statycznych kadrach jest stale obecny w twórczości Jenkinsa. Amerykańscy krytycy rozpływali się już nad tym w swoich wideo esejach porównujących kadry Moonlight ze Spragnionymi Miłości. Świat bohaterów Ulicy Beale wyraża się właśnie w tych silnych barwach, które nie tracą nigdy na swojej intensywności pomimo wydarzeń na ekranie.

I choć spędzam tyle czasu na przyglądaniu się całemu długiemu kinowemu dziedzictwu, jakie niesie ze sobą melodramat, to nie można odmówić Jenkinsowi jego własnego głosu. Wizualnie film był inspirowany Royem DeCaravą, fotografem z Harlemu. Wiele lokacji to budynki, które faktycznie powstały w latach sześćdziesiątych, i miały zostać wyburzone tuż po nakręceniu filmu. 

Reżyser wziął się on za bary z powieścią Baldwina (moim zdaniem niespecjalnie dobrą). Sam Baldwin, choć jest w Stanach Zjednoczonych postacią ważną, to do literackiego kanonu dopiero dociera. Jako homoseksualny Afroamerykanin posiadał wyjątkowy dar do elokwentnego łączenia poezji i gniewu spowodowanego rasowymi niesprawiedliwościami – najlepiej było to widać w opartym o tekst Baldwina Nie jestem twoim murzynem w reżyserii Raoula Pecka. Gdyby Ulica Beale umiała mówić to, co ciekawe, pierwsza ekranizacja jego prozy w języku angielskim. 

Choć Jenkins pozostał bardzo wierny książkowemu oryginałowi, to niestety nie zdecydował się na zawarcie w nim najpiękniejszego cytatu z powieści Baldwina: “Miłość i śmiech pochodzą z tego samego miejsca, lecz niewiele osób do niego dociera”. Pomimo tego, ten aforyzm zdaje się być przepisem na zrozumienie decyzji reżysera na opowiedzenie historii właśnie w jego idiosynkratyczny sposób. Choć książka Baldwina w rękach takiego twórcy jak Spike Lee mogłaby zamienić się we wściekłą polityczną opowieść o represji, to u Jenkinsa jest ona dalej tym, czym była na początku. To film, jak jego młodsza siostra Moonlight (scenariusz do Ulicy Beale powstał najpierw), pokazująca, jak jednostka zawsze funkcjonuje w relacji do innych. Mało który reżyser z podobną nutą dobrego sentymentalizmu potrafi tworzyć narrację o ludziach, dla których cały świat zamyka się w paru najbliższych osobach, które mają. 

To utwór retro, ale nie staroświecki. Czuć w niej aktualność, a ciekawym mostem łączącym tę opowieść ze współczesnością jest przecinanie przez Jenkinsa narracji zdjęciami. Czarno białymi, niby wyjętymi z poprzedniej epoki, ale pełnymi obrazów policyjnej przemocy, odtworzonej w dużo dosadniejszy sposób choćby przez Spike’a Lee w zeszłorocznym Blackkklansmanie. Ten zabieg, choć nietypowy, wydaje się dosyć niezgrabną próbą wplecenia polityki tam, gdzie raczej nie powinno jej być.

Muzyka Nicholasa Britella również miesza „wtedy” z „teraz”. Utrzymana w zbliżonej stylistyce do kompozycji Abla Korzeniowskiego, udaje utwory ze Złotej Ery Hollywood, jednocześnie zaskakując co jakiś czas bardziej współczesnymi, basowymi tonami. Kompozytor przyznał, że eksperymentował przy tym z muzyką reggae, co może się wydawać nietypowym skojarzeniem słysząc końcowy produkt. Główny motyw na skrzypcach i instrumentach dętych, w sposób podobny do utworu Shigeru Umebayashiego w Spragnionych Miłości, mantrycznie powraca przypominając widzowi o centralnej tragedii.

W Ulicy Beale co rusz bohaterowie spoglądają na widza, prosto w obiektyw kamery. Celem Jenkinsa nie jest konfrontowanie odbiorcy, a raczej zachowanie z nim bezpośredniego kontaktu. Jednocześnie, gdy reżyser stosuje taki zabieg, musimy zmierzyć się ze wzrokiem samotnej postaci. Film w ten sposób wizualnie więzi rodzinę Riversów. Jednak poza zwykłym eksplorowaniem smutku, reżyser, może nieco zbyt naiwnie, podąża za narracją Baldwina dalej. Mamy więc tu historię nie tylko o płaczu, ale też o bohaterach, którym rodzinna tragedia przynosi okazję do pozytywistycznego zjednoczenia się we wspólnej sprawie. 

Bo Ulica Beale to, koniec końców, historia o próbie zrobienia czegoś dla najbliższych. Czy byłoby to paserstwo, praca w trakcie zaawansowanej ciąży, czy wyjazd w nieznane do Portoryko – film opowiada o prostych gestach dobroci w obliczu zagrożenia. I choć historia sama w sobie nie należy do najbardziej odkrywczych i wpisuje się tematycznie w nowy ruch Afroamerykańskiego kina w mainstreamie, to jego wyjątkowość bierze się z reżyserii Jenkinsa. Jego wizja świata (tak samo wyraźna w Moonlight) opiera się nie na przyglądaniu złu, lecz bohaterom, którzy w jego obliczu starają się z siebie coś wykrzesać, oraz na tym, że relacja z drugim człowiekiem może formować całe życie. 

Jenkins przyznał, że powieść Baldwina trafiła do niego, gdy była dziewczyna dała mu ją, każąc mu dorosnąć. Reżyserowi chyba to dojrzewanie wyszło na dobre, bo zrobił jeden z najlepszych filmów zeszłego roku.

Ocena: 8.5/10

Related posts

Leave a Comment