Kino / Teatr Magazyn 

Swój do swego – recenzja serialu „The End of the F***ing World”

Przebić się z serialem do świadomości współczesnego użytkownika serwisu streamingowego nie jest łatwo. Każdego tygodnia zalewają nas tytuły znane, które pojawiają się na Netflixie czy HBO GO z nowymi sezonami, wyczekiwane premiery zachęcające znanymi twarzami w obsadzie i ostatni z gatunków – produkcje eksperymentalne, zazwyczaj kilkuodcinkowe. Nikt nic o nich nie wie, aż do momentu, gdy dana platforma zacznie je intensywnie promować. Tak było również z najnowszą propozycją Netlixa – serialem „The End of the F***ing World”. Kilkudniowa prężna kampania, która położyła nacisk na oryginalność obrazu i jego nietypową formułę, zrobiła swoje. Przed ekranami zasiadły miliony i metodą binge-watchingu pochłonęły zaledwie osiem dwudziestominutowych epizodów. Reakcje? Wyłącznie pozytywne, do których zaliczam i swoją.

Alyssa i James poznają się w liceum, jakby przyciągnięci swoimi wzajemnymi dziwactwami. 17-letni chłopak jest przekonany, że ma w sobie coś z psychopaty i aby to sprawdzić, postanawia kogoś zabić, a jego równolatka to najbardziej humorzasta i zaborcza dziewczyna w okolicy. Razem wyruszają w podróż o bliżej niedookreślonym celu, a po drodze czeka ich sporo niespodzianek. Rzecz jasna mocno się do siebie zbliżają, ale tych z Was, którzy po cichu liczą na romans rodem z amerykańskiego teen-drama, od razu uprzedzam, że nie z taką produkcją mamy do czynienia. „The End of the F***ing World” to serial brytyjski czerpiący garściami ze stylistyki Wesa Andersona ze współczesnymi Bonnie i Clydem na pierwszym planie. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że momentami historia ta smakuje, jakby palce maczał w niej sam Quentin Tarantino. Brutalne sceny, odważne słownictwo – twórcy nie boją się przekroczenia żadnej z granic, bo te wyznaczyli sobie sami. Jednocześnie najświeższa propozycja Netflixa to niekonwencjonalny humor, opowieść o dojrzewaniu i kryminał. Niby pomieszanie z poplątaniem, ale produktem końcowym okazuje się być niezwykle wciągający serial drogi.

To, co gra tu najlepiej, to główni bohaterowie. Ani Alyssy ani Jamesa nie sposób na początku zrozumieć, a w polubieniu ich nieustannie przeszkadzają ich specyficzne, irytujące charaktery (uwaga dotyczy szczególnie Alyssy). Trudno wyczuć moment, lecz w pewnej chwili widz zaczyna się z nimi zżywać i z odcinka na odcinek rozstanie okazuję się być coraz trudniejsze. Młodzi aktorzy, Jessica Barden i Alex Lawther, odnajdują się w rolach po mistrzowsku, a subtelna chemia między nimi rozwija się w idealnym tempie. Do każdego kolejnego epizodu przyciąga też fantastycznie dobrana muzyka, nadająca obrazom niepowtarzalnego charakteru. Krótko mówiąc, „The End of the F***ing World” to 160 minut świetnej zabawy i relaksu. Wyczekiwanie na sezon drugi uważam za rozpoczęte!

Ocena: 7/10

Related posts

Leave a Comment