Kino / Teatr Magazyn Recenzja 

Szatan w Białym Domu – recenzja „Vice”

Dlaczego Christian Bale dziękował Szatanowi, gdy odbierał Złotego Globa za sportretowanie Dicka Cheneya? Vice Adama McKaya robi wszystko, by przekonać widza, że były wiceprezydent USA to kolejna inkarnacja Lucyfera. Siła tego obrazu, krytycznego nie tylko względem Cheneya, ani nawet samej partii republikańskiej, a w zasadzie całego politycznego establishmentu Stanów Zjednoczonych, bierze się z bardzo odważnej wizji reżyserskiej. Vice w rękach McKaya niczym kameleon stale zmienia swoje barwy i dominanty nastrojowe, miesza najczarniejszy humor z grobową powagą, nurzając widza w tych wszystkich nastrojach. To krzykliwy film, w którym wysokie tempo nie przeszkadza w tym, by co rusz wrzucać do filmu kompletnie odjechane pomysły. Twórca The Big Short często jedzie po bandzie zaś momenty genialne (Szekspir oraz farma Golden Retrieverów!) przeplata z bardziej niewypalonymi dowcipami.

            Reżyser wygina w tym filmie narrację we wszystkie strony, testuje uwagę widza i jego zdolność do nadążenia za mnogimi wątkami i postaciami, które tłumnie zaludniają całą fabułę. Film często kontrapunktuje mocno sielankowe sceny z szokująco brutalnymi, a montaż meta nadaje tylko całej historii jeszcze więcej energii i absurdu. Steve Carrell jako Donald Rumsfeld (a raczej Michael Scott, który biznes papierowy porzucił na rzecz pracy w Pentagonie) oraz Sam Rockwell jako George W. Bush stanowią świetne komediowe tło dla bezlitosnych działań Cheneya.

            Protagonistę poznajemy, gdy w 1963 roku wysypuje się ze swojego garbusa, kiedy policja łapie go na jeździe po pijaku. Jego narzeczona Lynne (Amy Adams) stawia go przed wyborem – albo alkohol, albo ona. Jak można się domyślić, Cheney wybiera to drugie. Film, rozpięty więc na przestrzeni czterdziestu lat kariery protagonisty, ma sporo materiału do obskoczenia i zaprezentowania.

            Jeśli Dick Cheney miałby być Szatanem amerykańskiej polityki, to jego żona w interpretacji Adams okazuje się współczesną Lady Makbet, po cichu popychającą swojego męża w stronę władzy. Choć Lynne nie otrzymuje tak dużo miejsca na ekranie, to reżyser nie zapomina o niej, i subtelnie udowadnia starą maksymę o tym, że za każdym wielkim mężczyzną tego świata stoi kobieta. Żona protagonisty świetnie sprawdza się jako femme fatale, która przypieczętowuje i jednocześnie mocno steruje losami Cheneya.

            Pomimo tego, główny bohater doczekał się bardzo jednowymiarowego portretu. Ciężko zrozumieć momentami jego motywację, i sam głód władzy i czynienia zła nie wydaje się w pełni wyjaśniony. Film gna tak szybko, że nie bardzo ma czas na nakreślenie wielu elementów, i skomplikowane zjawiska polityczne pokazuje w sposób pobieżny. McKay ma dość miejsca, by wyjaśnić marzenie Cheneya o sięgnięciu po pełną władzę wykonawczą jako wiceprezydent. Niestety wiele z jego decyzji politycznych przedstawionych w filmie po prostu się wydarza bez większego wytłumaczenia. Gdy do tego dochodzi w drugiej części, obraz wyraźnie traci strukturę i tempo.

            Dziwnie oglądało się Vice parę tygodni po tym, gdy do polskich kin przybili Oni Paola Sorrentina. Te dwa filmy postawione obok siebie pokazują, jak przepastnym gatunkiem jest kino polityczne, jak do kontrowersyjnego polityka mogą podejść Amerykanie, a jak Włosi. I jak różnorodnym językiem filmowym można takie historie opowiadać.

            Cheney, jak na polityczną szarą eminencję przystało, to człowiek, o którym wiadomo niewiele. McKay, podobnie do Sorrentina, otwiera sobie już na początku filmu furtkę dla swojej fantazji. „Inspirowane faktami”, „o Cheneyu wiadomo tak mało, że będziemy musieli się trochę podomyślać (a może pozmyślać?)” itd… Amerykański reżyser szybko rozkręca swoją machinę, i w zasadzie gna przez 132 minuty bez przerwy. Nie ma tu miejsce na kontemplacyjne, wymuskane kadry jak u Sorrentina, jest raczej szaleństwo w duchu Urodzonych Morderców Olivera Stone’a. McKay ma z resztą bardzo dużo wspólnego ze Stone’em w swojej politycznej żarliwości.

            O ile Berlusconi doczekał się w sumie nie-tak-straszliwie-krytycznej biografii, to Cheney miał dużo mniej szczęścia. McKay wypala w jego stronę z każdego działa jakie ma pod ręką. Tytuł filmu można tłumaczyć w dwójnasób: oznacza on przecież nie tylko wiceprezydenturę, ale i „wadę”. Czy chodzi o wadę w systemie prawnym USA? „Bezpośrednia egzekutywa” to wszak hasło przewijające się przez film wielokrotnie. Cheney wykorzystuje ją bezlitośnie, pociągając za wszystkie sznurki z ostatniego rzędu.

Ocena: 8/10

Related posts

Leave a Comment