Kino / Teatr Magazyn Muzyka Recenzja 

Ta historia się nie starzeje – recenzja filmu „Narodziny gwiazdy”

Przeplatanie się sławy i upadku jest zapewne jednym z jednocześnie najbardziej ukochanych i najczęściej wałkowanych motywów w kinie. W erze nostalgii za złotą erą Hollywood (na przykładach święcących w ostatnich latach oskarowe sukcesy La La Land czy Kształtu Wody) nie powinno nikogo chyba dziwić, że kolejny retro film szykuje się już do startu w zbliżającym się wyścigu po złote statuetki. Pomimo tego wstępu, Narodziny gwiazdy potrafią ująć historię, którą widzieliśmy już mnóstwo razy wcześniej w świeży sposób. Artystów przemielonych przez machinę showbizu widzieliśmy choćby w Rayu, Whitney czy Amy, by rzucić tylko kilka tytułów. W wypadku filmu Bradleya Coopera mamy do czynienia z czymś jeszcze. Wszak jest to kolejny remake obrazu, który zostaje reanimowany średnio co dwadzieścia lat.

W otwierającej sekwencji widzimy Jacksona (Bradley Cooper), gdy ten występuję na żywo w czymś, co brzmi jak cover band Pearl Jamu. Parę minut później protagonista jest już w innym świecie, gdy nie musi przejmować się blaskiem reflektorów. Zamiast tego może delektować się alkoholem w zaciszu swojej limuzyny. Wracając z koncertu prosi kierowcę, by ten zatrzymał się w najbliższym barze. „To raczej nie twój rodzaj lokalu” – Jackson słyszy na wejściu, na co odpowiada: „Jeśli sprzedają tu alkohol, to jest to mój rodzaj lokalu”. W środku spotyka Ally (Lady Gaga). To utalentowana wokalnie dziewczyna i Cooperowi (jako reżyserowi) bardzo zależy na tym, żeby widz nie miał co do tego wątpliwości. Szybko potem zakochują się, ona zaczyna karierę w przemyśle muzycznym, a on jej pomaga. Taka fabuła może brzmieć znajomo dla każdego, kto widział w swoim życiu więcej, niż jeden film. Jednak pomimo jej narracyjnej banalności, jest w Narodzinach gwiazdy coś zaskakująco porywającego.

Cooperowi świetnie wychodzi przeplatanie dwóch warstw historii. Miłość pomiędzy Ally oraz Jackiem jest rozwinięta w tym samym stopniu, co wątek drogi do sławy. To, że jedna gwiazda musi zgasnąć, by inna mogła się narodzić jest dosyć kliszową konstatacją. Jednak reżyser potrafi ten wniosek ukazać z bardzo wrażliwą i poruszającą manierą. Głównym powodem tak zajmującego nastroju jest przede wszystkim gra aktorska duetu Lady Gaga-Bradley Cooper. Oboje są intrygujący w rolach, które z łatwością mogły zawędrować gdzieś w stronę samoświadomych występów. W ich wspólnych scenach jest imponująca ilość zarazem intensywności i intymności, a jest to mieszanka, która z łatwością mogłaby nie wyjść.

Warto Narodziny gwiazdy obejrzeć w kinie, bo jest to film wręcz ociekający świetnymi sekwencjami muzycznymi. Trzeba przy tym podkreślić, że zamiast rozrywać fabułę na oddzielne segmenty, stanowią świetne spójniki pomiędzy poszczególnymi elipsami czasowymi. Dzięki temu film pozostaje wciąż skupiony na swoich protagonistach. Podczas występów Ally i Jacka widz obserwuje w zasadzie jedynie zbliżenia na ich twarze. Tak, jakby w tym samym momencie nie patrzyły na nich tysiące ludzi na widowni. 

Andrew Sarris pisał kiedyś w kontekście starego Hollywoodzkiego kina, że „Nic nie starzej się szybciej, niż aktualność”. Jest to celna myśl, gdyby spojrzeć na taki obraz jak Narodziny gwiazdy. Czas mija, a każde pokolenie otrzymuje swój remake tego filmu, będącego jedną z najbanalniejszych historii i blaskach i cieniach sławy. Jego przekaz paradoksalnie pozostaje jednak wciąż wymowny, patrząc chociażby na niedawne losy takich muzyków jak Lil Peep czy Mac Miller. 

Ocena: 7/10

Related posts

Leave a Comment