Kino / Teatr Magazyn Recenzja 

„To my” – Jordan Peele nie daje się sklasyfikować

W „To my” (polskie tłumaczenie nie oddaje sprytnej dwuznaczności tytułu „US”, który może równie dobrze dotyczyć skrótu od „United States”) Jordan Peele odkrył się na nowo, szybko uciekając od łatek, które już zaczęły do niego przylegać od czasu reżyserskiego debiutu. W końcu w „Uciekaj!” nakręcił ostrą jak skalpel satyrę na współczesny rasizm ukryty pod kołnierzykiem inkluzywności i politycznej poprawności, a w zeszłym roku koprodukował „BlacKkKlansmana” Spike’a Lee. Gdy zbliżała się premiera „To my” myślałem, że będziemy o tym twórcy mówić jako o właśnie następnym Lee, najważniejszym głosie Afroamerykanów w kinie etc. Najnowszy film Peele’a ma jednak ambicje do opowiadania o bardziej rozległych tematach. W „To my” bierze bowiem na warsztat nierówności społeczne jako ogół, i opowiada o powrocie represjonowanego sumienia amerykańskiego społeczeństwa. Co najważniejsze, dalej robi to tak świetnie balansując pomiędzy horrorem i komedią.

Jeśli film zaczyna się od ujęcia na włączony telewizor w salonie, to wiadomo, że twórca zaprasza nas do gry w rozgryzanie nawiązań i podpowiedzi. Kanały przeskakują, śladowe tropy zostają podrzucone, a odniesienia do popkultury odhaczone. Jest rok 1986. Mamy napisy początkowe mówiące o tunelach wydrążonych pod całymi Stanami Zjednoczonymi, kasetę z „The Goonies” czy faceta z kartką z napisem odnoszącym się do biblijnego cytatu (idzie to tak: „Dlatego tak mówi Pan: Oto sprowadzę na nich nieszczęście, z którego nie będą mogli się wydostać, a gdy będą wołać do mnie, nie wysłucham ich”). Dziewczynka, ubrana w koszulkę z Thrillerem Michaela Jacksona, odłącza się od rodziców w wesołym miasteczku. Trafia do domu gabinetu luster, gdzie widzi w pewnym momencie odbicie swoich pleców – tak, jakby wcale nie przypatrywała się sobie samej, tylko jakiemuś sobowtórowi. Albo na przykład własnemu sumieniu, które jeszcze nie ma wystarczającej siły, by się odezwać.

Po niepokojącym otwarciu film nie śpieszy się z jatką, i spędza sporo czasu na sportretowaniu świetnych relacji w rodzinie Wilsonów. Dziewczynka z prologu to dorosła już Adelaide (Lupita Nyong’o), i wydaje się z początku, że doświadczenie z dzieciństwa zostawiła za sobą. Razem z dziećmi i mężem Gabem (Winston Duke, który wciela się komicznego tatuśka, stale zaburzającego filmowe decorum swoim humorem) główna bohaterka przyjeżdża do letniego domu na wywczas. Powraca przy tym na plażę Santa Cruz, na której znalazła się trzydzieści lat wcześniej. 

Nie wypada chyba za bardzo wkopywać się w szczegóły fabularne, bo „To my” stoi dobrze naoliwionym scenariuszem i historią, która ryje chyba jeszcze bardziej niż „Uciekaj!”. Dziwaczność, oprócz bycia dużą zaletą filmu, jest także niestety jego dużym przekleństwem. Obraz nie wzbija się na satyryczne wyżyny „Uciekaj!”, ponieważ jego pokręcona fabuła gubi się w spiętrzaniu teorii spiskowych. Reżyser ewidentnie czerpie dużą radość z zabawy konwencją home invasion (jeden z żartów opartych na „Kevinie samym w domu” jest naprawdę wyborny), jucha, gdy już zacznie, to leje się nieprzerwanie, a widowiskowe śmierci antagonistów zapadną widzowi w pamięci na długo. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że Peele’a stać na coś więcej niż na pastiszowe pląsy, i że oczekuję od niego czego innego. Coś ciekawszego ideologicznie zrobił już niedawno Boots Riley w swoim marksistowsko-antyestablishmentowym „Przepraszam, że przeszkadzam”, i myślałem że twórca „Uciekaj!” pójdzie w jego ślady.

W Funny Games Michael Haneke opowiadał o zepsuciu zachodniego społeczeństwa, a jego film był krytyką naszej fascynacji przemocą. Do Peele’a taki dydaktyzm raczej nie przemawiał, bo w „To my” nakręcił rewers dzieła Austriaka. „Można w horrorach szukać intelektualnej rozrywki, i nie ma w tym nic złego„ zdaje się krzyczeć obraz twórcy „Uciekaj!”. Jego film to przede wszystkim opowieść o sumieniu Stanów Zjednoczonych, o pominiętym społeczeństwie i zapomnianych grupach ludzi, którzy zostali na samym dole przysłowiowej drabiny. Choć moim zdaniem to współczesna baśń o lękach przed outsiderami i głosami z dołu, „To my” zostawia szerokie pole do interpretacji. Już teraz na Youtubie mnożą się filmiki tłumaczące, o czym tak naprawdę jest dzieło Peele’a. Podobnie było, gdy fani zaczęli rozbierać na drobne elementy sceny z „Uciekaj!”. Reżyser ewidentnie lubi bawić się w tworzenie takich zagadek, jednak dla mnie alegoria „To my” prosiła się o coś bardziej definitywnego. Szkoda, że reżyser nie postanowił eksplorować pewnych zagadnień bardziej. Przez to „To my” jest nieco frustrującym filmem, krążącym wokół ciekawej tematyki, ale nie do końca będącym w stanie w pełni ją ugryźć.

Ocena: 7/10

Related posts

Leave a Comment