Kino / Teatr Magazyn 

Z dużej chmury mały śnieg, recenzja filmu ,,Pierwszy śnieg”

Dwa filmy to trochę mało, żeby określić ich twórcę mianem jednego ze swoich ulubionych, ale co jeśli oba prezentowały klasę absolutnie światową? Mowa oczywiście o Tomasie Alfredsonie, który najpierw w  „Pozwól mi wejść”, a następnie w „Szpiegu” udowodnił, że oprócz świetnej ręki do kina gatunkowego, posiada także niebywałą umiejętność kreślenia skompilkowanych psychologicznie, nieszczęśliwych bohaterów.

Pierwszy z wymienionych filmów był opowieścią o relacji szkolnego outsidera z wrażliwą dziewczynką – wampirzycą, żywiącą się ludzką krwią, a więc zmuszonej do zabijania, by samemu móc przetrwać. Drugi, jak wskazuje sama nazwa, podejmował tematykę tajnych agentów – ludzi zawodowo zajmująych się tłumieniem emocji  w sobie i pełnieniem funkcji wyrzutków. Oba opowiadały o dramatach swoich protagonistów w sposób wyjątkowo subtelny, przy maksymalnym ograniczeniu niepotrzebnych dialogów. Samotność bohaterów było widać raczej w ich pozornie beznamiętnych twarzach, czuć w pięknie wystylizowanych, chłodnych kadrach oraz słychać w minimalistycznej, a często nawet nieobecnej ścieżce dźwiękowej. Ale zaraz, dlaczego właściwie o tym wspominam? Bo wchodzący właśnie na ekrany polskich kin „Pierwszy śnieg”  nie tylko w niczym nie przypomina swoich zbudowanych na niuansach poprzedników, ale co gorsza, pomimo bycia ekranizacją bestselera Jo Nesbø, sprawia wrażenie kina klasy B.

O tym, że twórcy wyszli na plan z zamiarem nakręcenia czegoś więcej niż pełnego werwy thrillera dowiadujemy się już z prologu, będącego ewidentną retrospekcją. Poznajemy chłopca oraz jego matkę. Scena kończy się śmiercią kobiety w wypadku samochodowym, a świadkiem tego zdarzenia jest oczywiście tytułowy bałwan. Sekwencja ta wprowadza, powracający później motyw radzenia sobie z trudną przeszłością i naprawiania własnych błędów, dotyczący  przynajmniej  dwóch postaci. Trudno jednak poważnie traktować moralne dylematy i emocjonalne rozterki bohaterów, którzy, jeśli nie stanowią zbioru przerobionych i sparodiowanych na tysiąc sposobów gatunkowych klisz (inteligenta rekrutka, szalony doktor, filozofujący antagonista), zdają się być pozbawieni jakichkolwiek cech charakteru. Dotyczy to niestety również głównego bohatera. Harry Hole teoretycznie jest połączeniem niespełnionego męża i ojca, błyskotliwego detektywa oraz zgorzkniałego alkoholika, jednak w zestawieniu z sympatyczną twarzą Michaela Fassbendera wypada kompletnie nieprzekonująco i ma w sobie nie więcej charyzmy niż bałwan, którego morderca zostawia na miejscu zbrodni.

Jakkolwiek banalnie to nie zabrzmi, w kryminale, jakim jest „Pierwszy śnieg”, najważniejsze jest, aby umiejętnie trzymać widza w niepewności, ostrożnie dawkować informacje i wiedzieć, które karty odkryć na początku, a które zostawić na koniec. W filmie Alfredsona widać, że twórcy starali się odpowiednio rozciągnąć intrygę w czasie. Dość powiedzieć, że na pierwszego trupa czekamy niemal pół filmu. Wątek  śledztwa sprawia jednak wrażenie zaniedbanego, przytłoczonego całą masą scen i postaci, których powód obecności może wydawać się tu niejasny. Kulejącej warstwy fabularnej nie wynagradza także oprawa wizualna. Pod tym względem film jest wręcz irytująco przezroczysty, co zaskakuje, zważywszy na fakt, że za zdjęcia odpowiadał laureat Oscara – Dion Beebe. Można by to jeszcze przetrwać (brak własnej wizualnej tożsamości, okazyjnie wynagradzają pocztówkowe panoramy norweskich gór), gdyby nie totalnie wybijające z rytmu CGI, odpychajace tym bardziej, że zastoowano je tu w momentach, które właściwie go nie potrzebowały. Gdy na ekranie w odstępie kilku sekund pojawiły się stado ptaków i ludzkie zwłoki (oba obiekty ewidentnie cyfrowe), miałem wrażenie, że pomyliłem się przy kupowaniu biletu i przez przypadek trafiłem na trzecią część Birdemic.

W roku, w którym do kin wchodzą między innymi ósma część Gwiezdnych wojen, Dunkierka oraz sequel Łowcy Androidów, ja najbrdziej czekałem właśnie na najnowszą produkcję Tomasa Alfredsona. Miejmy nadzieje, że Szwed jeszcze wróci do formy i nakręci coś na miarę swoich poprzednich filmów. Jedynym pozytywnym uczuciem, jakiego doświadczyłem podczas seansu „Pierwszego śniegu” była ulga, że przed seansem nie udało mi się przeczytać książki. Patrząc na  reakcje fanów powieści Jo Nesbø, negatywne emocje mogłyby przekroczyć wszelkie granice.

Ocena: 3/10

 

Related posts

Leave a Comment