25. Nowe Horyzonty: Nowa fala

„Do utraty tchu” Jean-Luc Godarda uznawane jest za jedno z najistotniejszych dzieł filmowych jakie kiedykolwiek powstały. Debiut nagrodzonego w 2010 roku Honorowym Oscarem francuskiego reżysera, to też jeden z filmów tworzących kanon Francuskiej Nowej Fali, do czego w tytule swojej nowej produkcji nawiązuje Richard Linklater.

Jego film dla jednych będzie idealnym dowodem kinofilstwa Linklatera i jego mistrzostwa w sprawnym, ktoś inny powiedziałbym pewnie spłyconym (tutaj celowo), budowaniu bohaterów. W „Nowej fali” narzucił sobie trudniejsze zadanie, bo zaledwie w kilku otwierających scenach stara się (z sukcesem!) zaprezentować nam całe pokolenie krytyków Cahiers du Cinema, w tym Godarda, Francois Truffaut i Claude’a Chabrola, którzy wykorzystali swoje doświadczenia w analizowaniu kina do wymyślenia nowego sposobu opowiadania, tworzenia narracji, zmian w technice robienia filmów. Ta liczna grupa stworzyła tzw. Nową Falę. W drugiej części filmu, Linklater koncentruje się już tylko na „Do utraty tchu”, ukazując proces tworzenia filmu zaproponowany przez Godarda, wynikające z jego chaotycznego stylu frustracje Jean Seberg, która nie mogła zrozumieć jak z tego materiału ułożyć film. A Godard ułożył i przeszedł do historii.

Jakby spojrzeć na drugą stronę medalu, można podzielać frustrację Seberg, bo nowy obraz Linklatera robi wrażenie szkolnej wprawki, która dedykowana jest wyłącznie widzom, który nie wiedzą niczego o fali, Godardzie. Linklater bardzo umiarkowanie (eufemistycznie mówiąc) nawiązuje do dzieła mistrza. Może za wyjątkiem koloru zdjęć. Część krytyki filmu wypływać będzie z oczywiście szkolnego charakteru opowieści Linklatera, jej swoistej czytankowości, a także ze wspomnianego wyżej niezbyt głębokiego wejścia w charakterystykę postaci. Warto byłoby może dowiedzieć się czegoś więcej o Godardzie, niż tyle, że był dziwakiem, który nie za bardzo szanował swoich współpracowników.

Ja paradoksalnie czerpię garściami z obydwu tych podejść, co może wynikać zarówno z mojego lekkiego dystansu względem „Do utraty tchu” – który dzięki Linklaterowi się mocno skrócił – oraz z dużego uznania dla amerykańskiego reżysera, którego uważam za jednego z największych talentów za Oceanem. A jego najmocniejszą stroną jest widoczne tutaj jak na dłoni kapitalne opowiadanie obrazem i łatwość ukazywania nawet bardzo skomplikowanych postaci z empatią, niezwykle celnie diagnozując ich osobowości, w stosunkowo krótkim czasie.

Dlatego, mimo lekkich zastrzeżeń, polecam spędzić czas z „Nową falą” Richarda Linlatera, choćby po to, żeby zainspirować się do kolejnego seansu „Do utraty tchu”.

komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *