25. Nowe Horyzonty: Sirat

Alternatywna rzeczywistość…chociaż czy aby na pewno? Gdzieś w Maroko, na pustyni, w zmilitaryzowanej strefie tego państwa, rozstawione zostają głośniki, z których zaraz popłynie głośna muzyka. Rozpocznie się rave. Mnóstwa tańczących ludzi, każdy niejako w swoim świecie. W to miejsce trafia Luis (fantastyczna rola Sergi Lopeza), który razem z synem Estebanem, poszukują swojej córki/siostry, który opuściła rodzinny dom. Można się domyślać, że nie daje znaku życia. W pewnym momencie impreza zostaje przerwana przez wojsko, które nakazuje ewakuację. Mała grupa rave’owców odrywa się z kolumny samochodów opuszczających miejsce imprezy. Dołącza do nich Luis, mający nadzieję, że na kolejnym ravie odnajdzie córkę.

Tak właśnie rozpoczyna się nagrodzony na festiwalu w Cannes Nagrodą Jury „Sirat” Olivera Laxe’a. Po canneńskiej premierze konkursowej, obraz niemal jednogłośnie został określonych przez krytyków mianem jednego z faworytów. Podkreślano jego unikalną strukturę, dopracowaną stronę wizualną i nieomal cyberpunkową historię. Ja po seansie „Sirat” nie mogę się jednak pozbyć wrażenia, że oglądałem zupełnie inne filmowe dzieło.

Dzieło, w którym Oliver Laxe chciał się niezwykle popisać swoimi umiejętnościami, poprzez celowe rozbicie filmu na dwie części, wprowadzając w środku scenę, którą Alfred Hitchcock określiłby mianem trzęsienia ziemi. Problem „Sirat” polega na tym, że te części nie mają ze sobą nic wspólnego, poza oczywiście gromadą irytujących, nieodpowiedzialnych bohaterów, wśród których prym paradoksalnie wiedzie Luis, czyli ten który powinien twardo stąpać po ziemi. Tymczasem to on, po potencjalnej utracie jednego dziecka, zabiera drugie na wyprawę w środek konfliktu zbrojnego – należałoby mu chyba przyznać nagrodę Ojca Roku.

Nie mogę zdradzić jaka scena dzieli ten film na dwie części, ale jeśli zdecydujecie się go obejrzeć, nie będziecie mieli wątpliwości o którą sekwencję chodzi. Nie sposób się oprzeć wrażeniu, że otwierające 40 minut filmu ma na celu mozolne, ale przynajmniej względnie konsekwentnie doprowadzenie nas do tego momentu, który Laxe opracowuje tak, żeby nikt nie pozostał wobec niego obojętny. Problem polega na tym, że jak to bywa w takich przypadkach, tak zaprogramowana sekwencja może wywołać szok, który albo doprowadzi widza do swoistego katharsis i otworzy go na dalszą narrację, lub wprowadzi go w irytację wynikającą z oczywistości tego rozwiązania i sztucznego jego narzucenia. Ja należę do tego drugiego grona – dla mnie moment przecięcia „Sirat” równał się początkowi końca tego filmu. Już żadna następna sekwencja, w których obserwujemy przecież ból bohaterów, ich cierpienie, a co za tym idzie powinny one wywoływać współczucie, smutek, wzruszenie, nie osiągały celu, na którym zależało reżyserowi najbardziej. Chciał wzbudzić we mnie pozytywne odczucia względem postaci. U mnie wyszło odwrotnie: początkowo wielka irytacja zmieniała się w uśmiech politowania zwieńczony regularnym rechotem w scenie…

[SPOILER]

…w której kolejni bohaterowie giną

[KONIEC SPOILERA]

w takich sposób jakbyśmy oglądali kolejną zabawę spod znaku Grupy Monty Pythona. Niestety.

Część czytających powyższą analizę powie, że wcale do końca nie zrównałem „Sirat” z ziemią, zostawiając furtkę dla tej drugiej grupy, która będzie chłonąć atmosferę tego filmu do końca, czerpiąc garściami z opowiadanej historii. Tak rzeczywiście mogłoby być, gdyby nie fakt, że poza samą formalno-narracyjną wprawką, Oliver Laxe postanowił nam BARDZO DUŻYMI LITERAMI opowiedzieć o swoich przemyśleniach na temat świata. O tym jak to jesteśmy równi wobec śmierci, jak to ona może nas nawiedzić w każdej chwili i uderzyć najmocniej, znienacka. O tym, że świat pogrąża się w chaosie i ludzie dokładają do tego swoją cegiełkę. Pół biedy, gdyby Laxe przemycał w jakiś subtelny sposób te tezy, które przyznajmy do odkrywczych nie należą. Niestety on wykrzykuje nam swoje poglądy, jak z ambony, batożąc nas jeszcze za sceptycyzm, który rysuje się na naszych twarzach. „Widzu, poczuj tę głębię. Jak jej nie czujesz, to jakim człowiekiem jesteś? Skoro takim obojętnym wobec tego co czeka każdego z nas?”. Przy pełnym szacunku dla pana Laxe’a, naprawdę ciężko przyjąć to wszystko na raz i nie poczuć zmęczenia, które w finale filmu zlewa się z politowaniem, z jakim potraktowaliśmy samą narrację oraz styl jej prowadzenia.

„Sirat” broni się do połowy jako widowisko i wizualny spektakl. Jednak merytorycznie jest to dla mnie brak szacunku do widza, którego wszechwiedzący, najmądrzejszy reżyser uznał za idiotę, a swoich bohaterów za kukiełki, które może porozstawiać na miejscach, nie dając im żadnych ludzkich cech. Może poza wszechobecną głupotą.

komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *