Bucket list coraz krótsza

Każdy ma zapewne listę marzeń do zrealizowania przed śmiercią. Moja wciąż pozostaje dość długa, bo też mając 37 lat, być może naiwnie, liczę przynajmniej na drugie tyle życia. Biorąc pod uwagę moją pasję filmową, zaskakująco dużo elementów tej listy marzeń jest związanych z muzyką. Szczególnie związanych z muzyką klasyczną – wykreśliłem już z niej koncert Filharmoników Berlińskich czy występ genialnej skrzypaczki Anne-Sophie Mutter. Teraz przyszedł czas na fortepian – w ramach Wratislavii Cantans w Narodowym Forum Muzyki wystąpiła argentyńska maestra Martha Argerich.

Może wstyd się przyznać, ale nigdy szczególnie nie poważałem fortepianu jako instrumentu solowego. W kraju Konkursu Chopinowskiego brzmi to jak herezja, jednak w moim sercu skrzypce zawsze były (i pewnie będą) wyżej. Nie zmienia to faktu, że Martha Argerich to solistka o niekwestionowanej klasie i umiejętnościach. Występ we Wrocławiu okazał się tego dowodem najlepszym z możliwych.

W towarzystwie Orchestre Philharmonique de Monte-Carlo pod batutą szwajcarskiego dyrygenta Charlesa Dutoit, maestra Argerich wykonała I Koncert fortepianowy c-dur Ludwika Van Beethovena. I to jak! Słuchając wcześniej tego koncertu miałem wrażenie, że można było wybrać ciekawszy utwór, choćby mój ulubiony koncert fortepianowy nr 3 Rachmaninowa. Jednak Argerich swoim wykonaniem niejako podniosła jego rangę – emocje, które wydobyła z fortepianu, połączone z energią i świetną współpracą z orkiestrą dały efekt piorunujący. Niedziwne, że po zakończeniu występu, owacji na stojąco nie było końca (lekko 10 minut w sumie), a maestra zagrała jeszcze 2 bisy.

Jestem oczarowany występem maestry Argerich i orkiestry Charlesa Dutoit – do tego stopnia, że nawet nie do końca idealny wybór utworów, bo poza Beethovenem, dużo było Ravela, który mnie średnio interesuje (choć „Pawana na śmierć infantki” to samograj), było to wielkie muzyczne przeżycie. Doświadczenie muzyki na żywo wykonywanej przez taką mistrzynię na pewno zapisze się w mojej pamięci na stałe.

Z listy marzeń znika kolejne nazwisko. Szczęśliwie wcale nie oznacza to, a przynajmniej taka tli się we mnie nadzieja, że śmierć nadejdzie jutro. Wszak lista wciąż długa…Hilary Hahn, Ray Chen kiedyś pojawią się przed moim oczami!

komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *