Nie bądźmy naiwni – to jest ludobójstwo

Połowa sierpnia 2025r. 22 miesiące od ataku terrorystycznego Hamasu, który zszokował cały świat. Wtedy wszyscy współczuliśmy obywatelom Izraela – zamordowanym, porwanym, opłakującym śmierć bliskich. Dzisiaj, po tylu miesiącach, perspektywa się zmieniła – współczucie zamieniło się we wściekłość, smutek zastąpiła frustracja. Władze Izraela, swoimi działaniami doprowadziły do stanu, w którym pozostaje tylko napiętnowanie i chęć doprowadzenia ludzi odpowiedzialnych przed oblicze sprawiedliwości. Podobnej, jakiej doświadczyli po II wojnie światowej zbrodniarze nazistowskiego reżimu Hitlera.

Ja wiem, że zaraz mnie ktoś oskarży o antysemityzm. Że porównywanie Holokaustu z tym co się dzieje w Strefie Gazy jest niegodne. I że posługuje się tzw. blood libel czyli w wolnym tłumaczeniu „oszczerstwem krwi”, którym niegdyś określano fałszywe oskarżenia Żydów o mordy rytualne, a teraz obrońcy reżimu Benjamina Netanjahu rzucają nimi na lewo i prawo w stronę wszystkich krytyków Państwa Izrael. Bo też jak mogliśmy się przekonać przez ostatnie 2 lata, jest to jedyne państwo na świecie, które jest w swoich działaniach święte, nie łamie prawa, a tym bardziej prawa miedzynarodowego czy prawa wojny, a wszystko co robi to wynik obrony swojego prawa do istnienia, choć tak naprawdę wina Hamasu.

Innymi słowy każde działanie wojsk Izraelskich Sił Obronnych realizuje założenia swoistej obrony koniecznej, choć jak możemy usłyszeć od właściwie wszystkich obrońców, jest i tak winą Hamasu, którym ponosi odpowiedzialność za każdy powalony rakietą IDF szpital czy szkołę oraz za każdą kulę snajpera, które przeszła przez głowę jednego z kilkunastu (bardzo konserwatywne szacunki) tysięcy dzieci, które zginęły od 7.10.2023r. w Strefie Gazy. Mamy więc do czynienia z sytuacją, w której Izraela zjada ciastko i jednocześnie je wciąż ma, bo każdą zbrodnię dokonaną przez swoje wojska uzasadnia koniecznością obrony terytorium i zrzuca odpowiedzialność na organizację terrorystyczną, której nikt bronić nie zamierza.

Ustalmy bowiem jedno: prawdopodobnie żaden uczciwy komentator sytuacji w Palestynie nie określił czymś pożytecznym i dobrym wydarzenia z 7.10.2023r., jednego z największych i najbardziej tragicznych w skutkach zamachów terrorystycznych w historii, dokonany pod kierownictwem i bezpośrednio przez bojowników Hamasu. Nie, nie, nie. Było to wydarzenie przerażające, niepozostawiające wątpliwości, że Hamas jest organizacją, która nie ma na celu pokoju w Strefie Gazy i która z całą pewnością zagraża nie tylko istnieniu Izraela, ale potencjalnie generalnej stabilności sytuacji międzynarodowej, już i tak mocno zakwestionowanej chociażby operacją Putina w Ukrainie.

Jednak…nie sposób nie zauważyć okoliczności, które z jednej strony do tego doprowadziły, z drugiej zaś tych, które zrealizowały się po ataku z 7.10.2023r. Po pierwsze Hamas był przez lata, nieoficjalnie wspierany przez…Benjamina Netanjahu. Cel był oczywisty? Tak ekstremistyczna organizacja miała stanowić bogeyman dla społeczeństwa izraelskiego, które mając realne zagrożenie u swoich granic, ze wsparciem finansowym płynącym także m.in. z Iranu, radykalizowało się i wybierało niemal bez wyjątku rządy silnej ręki. Czy to Netanajhu, czy Naftalego Bennetta, który wcale nie jest uosobieniem liberała, a który aktualnie ma prawdopodobnie największe szanse na ewentualne przejęcie władzy. Pod warunkiem, że Netanjahu kiedyś zdecyduje się na wybory. Po drugie nie można też zapomnieć o jednak faktycznej okupacji Strefy Gazy (o zachodnim Brzegu Jordanu nie wspomnę, bo tam sytuacja jest jeszcze bardziej dramatyczna), jakoby opuszczonej przez Izrael w 2005 roku, który jednak pozostawił sobie decydujący wpływ na większości aspektów życia ludności palestyńskiej – administrację, paszporty, dostęp do wody czy elektryczności. Ciężko tu mówić o choćby częściowej autonomii. Żeby jednak nie było: wciąż nie jest to usprawiedliwienie ataku z 7.10.2023r. – taka zbrodnia nie może być usprawiedliwiona i nigdy nie będzie.

Reakcja na nią jest jednak ze wszechmiar bardziej drastyczna, całkowicie nieadekwatna w swojej skali oraz w sposobie jej przeprowadzenia, a jak się powoli dowiadujemy uzasadniona wszystkim tylko nie wspomnianym atakiem. O czym już w coraz bardziej bezczelny sposób mówią najważniejsi politycy izraelskiego rządu, z Netanjahu na czele. O co więc chodzi jak nie o odbicie zakładników i unicestwienie Hamasu? O oczyszczenie Strefy Gazy z Palestyńczyków, nieważne czy w formie czystki etnicznej dokonanej poprzez stałe i nieodwracalnej wysiedlanie ich z zamieszkanych przez nich rejonów Strefy, czy w formie ludobójstwa – obydwie te zbrodnie dokonywane są przez IDF jednocześnie. Z jednej strony poprzez wysiedlenia i próbę umieszczenia Palestyńczyków w wielkim obozie, który trudno określić inaczej niż koncentracyjnym, z drugiej w drodze eksterminacji ludności, która pozostaje jeszcze na terenach zrujnowanych przez kolejne ataki sił Izraela. Eksterminacji realizowanej zresztą nie tylko rakietami, kulami z karabinów, ale też poprzez głód, który jako narzędzie prowadzenia wojny jest zbrodnią wojenną. Wszystkie te formy działań Izraela potwierdzali już minister finansów Becalel Smotricz, minister ds. bezpieczeństwa wewnętrznego Itamar Ben-Gwir czy sugerujący swego czasu użycie broni nuklearnej w Strefie Gazy Amihai Eliyahu, minister dziedzictwa narodowego.

Nie byłoby takiego działania Izraela, gdyby nie sam premier Benjamin Netanjahu, który jeszcze niedawno „tylko” sugerował pełną okupację Strefy i być może realizację planu Trumpa. Teraz jednak, poniekąd pod wpływem przedstawicieli swojego rządu, choć wydaje się, że plan ten istniał w jego głowie od dawna, Bibi potwierdził, że interesuje go realizacja idei tzw. Wielkiego Izraela, którą można rozumieć dwojako: albo jako państwo „od rzeki do morza” czyli obejmujące tereny Gazy, Zachodniego Brzegu od Jordanu do Morza Środziemnego, albo jeszcze szerzej od Nilu do Eufratu, czyli na terenach aktualnie znajdujących m.in. w Egipcie, Jemenie, Jordanii i Syrii (źródło: https://thearabweekly.com/netanyahu-provokes-outcry-declaring-affinity-vision-greater-israel)

Jedno jest pewne: celem Izraela nie jest i chyba nigdy nie było odbicie zakładników i zniszczenie Hamasu. Izrael chce ostatecznego rozwiązania kwestii palestyńskiej i nie jest to wcale przypadkowy dobór słów, ani ironia losu. To tragiczna rzeczywistość, z którą przyszło się zmierzyć społeczności międzynarodowej. Na która ta społeczność nie była i nie jest przygotowana, i stąd jej daleko nieadekwatna reakcja, która tylko potęguje bezsilność i wzbudza jeszcze większą frustrację. Dlatego, że trudno nie odnieść wrażenia, że nie wyciągnęliśmy lekcji z XX wieku i pozwoliliśmy na to, żeby ofiara stała się największym oprawcą.

Pisząc te oskarżycielskiego słowa skierowane przeciwko władzom Izraela, brzmią mi w głowie słowa przewodniczki, która kończąc oprowadzanie nas po ostatnich barakach w Birkenau, sformułowała cel dla ludzkości, którym miało być niedopuszczenie do powtórki wydarzeń, które zrealizowały się w obozie. Nie udało nam się.

komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *