Nie jedna, a dwie…i obie wyglądają obiecująco

Kiedy uczyłem się w liceum, będąc w klasie o profilu humanistycznym, miałem okazję czytać wiele książek, które w podstawowym programie były niekoniecznie omawiane w całości czy wręcz niekiedy w ogóle. Jedną z najlepszych, a z polskiego kanonu na pewno najlepszą była „Lalka”. Chyba wszyscy już wiemy, że niedługo bohaterowie Prusa ożyją na ekranie. I to nie raz.

Zdjęcia do obydwu projektów się już rozpoczęły. Znamy nazwiska aktorów pierwszoplanowych czyli tych, którzy zagrają najbardziej dyskutowaną parę polskiej literatury. Czy jest się czym ekscytować? Żeby nie zabrzmieć nazbyt optymistycznie…nie, nie potrafię. Aktualnie trudno mi znaleźć element któregokolwiek z projektów, który uznałbym za sygnał ostrzegawczy.

Power couple – kto i dlaczego to się uda?

W pierwszej produkcji (filmie), z początku realizowanej we współpracy z TVP, a za którą w całości odpowiedzialne jest Gigant Films Radosława Drabika, Izabelę Łęcką i Stanisława Wokulskiego zagrają Kamila Urzędowska i Marcin Dorociński. I niech ktoś mi powie, że którekolwiek z nich nie pasuje, to wyzywam na pojedynek. Zresztą pierwsze zdjęcie pary wygląda po prostu nieziemsko. Urzędowska dała się poznać jako Jagna w „Chłopach” Welchmannów i mimo malowanej formy utrzymała aktorsko ten film na swoich barkach. Dorociński jest bezapelacyjnie jednym z najwybitniejszych aktorów jakich mamy w rodzimy kinie. Między tak atrakcyjnymi i utalentowanymi ludźmi chemia powstanie w pierwszej sekundzie od wejścia na plan. Obaw żadnych.

W realizacji Netflixa, która ma być serialem, parę zagrają z kolei Sandra Drzymalska i Tomasz Schuchardt, którzy już niedługo będą mieli okazję sprawdzić się jako para w „Breslau”, znakomicie zapowiadającej się produkcji Disney+. Będą mieli więc już przetarcie, co na pewno nie może stanowić problemu, a wręcz powinno pomóc. Poza tym Drzymalska to bodaj najlepsza rodzima aktorka tego pokolenia, a Schuchardt udowodnił, że świetnie prowadzi swoją karierę, która wręcz w ostatnich latach przeżywa drugi peak, po mocny otwarciu sprzed ponad dekady. Remis.

Co z całą resztą?

Wydawać by się mogło, że wycofanie się nadawcy publicznego, może stanowić problem dla filmu Macieja Kawalskiego, ale dla mnie to raczej nowa szansa dla tego projektu, bo zdjęty zostaje z niego nadzór i ograniczenia, które naturalnie kojarzą się z TVP. Samo nazwisko Kawalskiego może nie brzmi bardzo znajomo, ale ma on już za sobą kierowanie niezwykle imponującym składem aktorskim w „Niebezpiecznych dżentelmenach”. Z tego zadania wywiązał się znakomicie, co przyznaję nawet mimo licznych wątpliwości względem tej produkcji, która rozpadła się fabularnie i po znakomitej, świeżej pierwszej połowie, już się nie pozbierała. Tutaj jednak materiał źródłowy jest mocny i nawet przy zmianach powinien się obronić. Dodajmy do tego jeszcze kilka nazwisk z obsady, która powala: Komorowska, Kulesza, Gruszka…i najważniejsza z ważnych rzeczy, czyli POWRÓT MARKA KONDRATA i chyba mamy gwarancję sukcesu.

Żadnych obaw nie mam także względem Netflixa, bo oni zapewnili sobie jednego z najbardziej ekscytujących, a przy tym najpewniejszego reżysera aktualnie pracującego w polskim kinie – Pawła Maślonę. Po doświadczeniach z „Atakiem paniki” i „Kosem”, człowiek ten może być nawet mocniejszym kapitałem niż para głównych aktorów. Poza tym jego projekt to serial, 6 odcinków, w którym będzie można konsekwentnie zbudować świat i wykreować bohaterów, a to zabawa dla najlepszego narratora. Maślona nim na pewno jest, a że wyrobił sobie także indywidualny język filmowy, to wyrasta na w pełni kompetentnego lidera tego przedsięwzięcia.

Nie wiem, czy można narzekać na cokolwiek na tym początkowym etapie projektów. Chyba pozostaje więc czekać. I pobiec do kina lub włączyć platformę, jak tylko wyniki pracy twórców ujrzą światło dziennie.

Czekam jak na szpilkach, cieszę się jak dziecko przed pójściem na plac zabaw. Bo będzie można pójść dwa razy tego samego dnia 😉

komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *