Rok 1998. Mam 10 lat. Na niedawno otwarty Stade de France w podparyskim Saint-Denis wybiegają Szkoci i Brazylijczycy. A mój tato zaczyna opowiadać o swoich ukochanych drużynach, szczególnie pechowej Holandii, której zawsze tak niewiele brakowało do zwycięstwa w turnieju. Mecz otwarcia Mistrzostw Świata we Francji kończy się nieprzekonującym zwycięstwem Brazylii.
Dlaczego się do tego odwołuję? Bo jest to bodaj pierwsze, w pełni świadome wspomnienie oglądania sportu w towarzystwie, a może bardziej z komentarzem mojego taty. Przez miesiąc tamtego mundialu, udało mu się zasiać ziarnko pasji sportowej we mnie. Pasji polegającej na śledzeniu różnych dyscyplin, czytaniu książek, uczeniu się statystyk. Wtedy najbardziej bawiłą mnie piłka nożna, z której do dziś zdążyłem kilka razy już „wyrosnąć”. Jej miejsce na czele listy moich sportów zajęły tenis i siatkówka. Jestem przykładem człowieka, który powoli spełnia swoje kibicowskie marzenia: byłem na kilku różnej rangi zawodach w siatkówce, ale to w tenisie brałem udział w wydarzeniach najważniejszych: 4 turnieje wielkoszlemowe, 1 igrzyska olimpijskie. Widziałem dwa finały Igi Świątek na Roland Garros. Płakałem jak przegrywała z Qinwen Zheng w półfinale paryskich Igrzysk. Kort Phillipe’a Chatrier to jeden z moich domów: tam widziałem na żywo mecze Nadal, Djokovicia.
Nie każde zawody można jednak oglądać na żywo. W niektórych przypadkach pozostaje śledzenie w mediach. I w większości tych przypadków, dzielę takie doświadczenia z moim ojcem. Ale to chyba te, których nie śledziliśmy razem, zapadną mi najbardziej w pamięci. A są takie dwa najbardziej wzruszające przypadki.
Pierwszy to półfinał turnieju olimpijskiego w siatkówce, w którym Tomek Fornal z chłopakami wygrali przegrany mecz z drużyną Stanów Zjednoczonych. Drugi to sobotni finał Igi w Wimbledonie – dokładnie odwrotne wydarzenie, bo w meczu z londyńskich trawników nie było chwili watpliwości co do zwycięstwa Polki. Łączy te wydarzenia jedno: rozmowa telefoniczna po zakończeniu. Pełna wzruszenia, trochę w tonie niedowierzania, że się udało i że aż tak się udało. Wczoraj z mojej strony padło „Ale co tu się wydarzyło?!”. Podsumowaniem wczorajszej rozmowy było jednak już bardzo jednoznaczne stwierdzenie, że jeśli ktoś miał wygrać takim wynikiem w finale Wielkiego Szlema, to właśnie powinna była to być Iga Świątek. Ta sama Iga, która brała udział w zwycięskim finale Rzymu z Karoliną Pliskovą. Tamten zakończył się w 3 kwadranse, tutaj potrzebny był 4. Niemniej impakt dla świata sportu tego finału jest niebagatelnie większy.
Iga właśnie stała się jedyną z grających w tourze, która wygrała turnieje wielkoszlemowe na 3 nawierzchniach. Brakuje jej już tylko tytułu w Australian Open to posiadania karierowego Szlema i nikt chyba nie ma wątpliwości, że to tylko kwestia czasu. Najbardziej smakowitym aspektem tego triumfu jest jednak to, że po 13 miesiącach od ostatniego turniejowego triumfu…w takim małym turnieju Roland Garros, Iga wraca do tej znajomej sytuacji, w której musi podnosić puchar (czy jak w tym wypadku paterę) za wygranie całych zawodów. Ten Wimbledon, poza aspektem zwycięstwa na trawie i chyba wreszcie odnalezienia swojego sposobu gry na tej nawierzchni, to było klasyczne business as usual: wolniejszy start, stracony set w 2 rundzie, przyspieszenie po 4 rundzie, żeby uzyskać szybkość bolidu F1 w meczach z Bencic i Anisimovą, które nie powąchały gry.
Tak się wraca na szczyt – po raz kolejny udowadniając, że poza umiejętnościami sportowymi, Iga posiada coś, co mają tylko wielcy mistrzowie. Ten pęd do wygrywania, tę pozytywną bezczelność, która nie pozwoliłaby jej nigdy na „oddanie jednego gema”.

Dodaj komentarz