Po obejrzeniu kolejnych filmów na 25. Nowych Horyzontach…przyszedł czas na spojrzenie do Waszyngtonu. Tam właśnie odbywa się turniej WTA, do którego dziką kartą otrzymała powracająca do grania po 1,5 roku Venus Williams.
Nie wypominając nikomu wieku, wielka Venus, prywatnie jedna z moich tenisowych idolek, sportsmenka, która ręka w rękę z jeszcze bardziej utytułowaną siostrą Sereną (moim skromnym zdaniem najlepszą tenisistką w historii) zmieniły tę dyscyplinę na lata, ma lat 45.
W tym wieku, kilka lat od momentu odejścia ze sportu Sereny, Venus dostaje dziką kartę na turniej w Waszyngtonie. W pierwszej rundzie trafia na 23-letnią Peyton Stearns, aktualnie okupującą 34. miejsce w rankingu WTA (najwyżej była 28.). Patrząc na ich formę, statystyki z poprzednich dwóch sezonów, wydawało się, że Venus nie powinna powąchać gry ze Stearns. Kontrowersje wzbudziła już sama decyzja o przyznaniu jej dzikiej karty, zważywszy na to, że od dawna nie było jej w tourze, a forma nawet jeszcze jak grywała w pierwszych rundach turniejów pozostawiała bardzo wiele do życzenia.
Tymczasem Venus dokonała rzeczy wydawało się niemożliwej – nie dość, że odprawiła z kwitkiem Stearns, to zrobiła to w bardzo przekonującym stylu 6:3, 6:4, pokazując, że wciąż sporo w tenisie żeńskim mogą znaczyć jej potężne uderzenia z głębi kortu, szczególnie grany z samego skrętu ciała, z frontalnej pozycji bekhend. Zaskoczyła także zupełnie przyzwoitym poruszaniem po korcie, czym kilkukrotnie odwróciła duże przewagi w punktach wypracowane przez Stearns.
Trudno mówić, żeby regułą w tenisie stało się powiedzenie, że Venus jest jak wino, ale tym meczem przynajmniej dała mocnego prztyczka w nos ludziom odbierającym jej prawo do gry, twierdzącym, że za dużo jest w USA młodych zawodniczek, żeby „marnować” dziką kartę na Venus. Nie dość, że nic z tych twierdzeń nie potwierdziło się w trakcie meczu, to całkiem możliwe, że Venus tak stylowym, pewnym triumfem zapewniła sobie przepustkę na najważniejsze wydarzenie tenisowe końcówki sezonu czyli US Open.
Teraz przyszedł czas na Magdalenę Fręch. Czy Polka, podobnie jak kiedyś Hubert po wygraniu ćwierćfinału Wimbledunu z Rogerem Federerem, zakończy karierę wielkiej mistrzyni? Nie spodziewam się nawet w przypadku porażki Venus. No chyba, żeby okazała się ona blamażem. Może wtedy sama Venus stwierdzi, że wystarczy, choć trudno się spodziewać takiej decyzji zanim swoich nie podejmą władzę US Open.

Dodaj komentarz