Piłka meczowa w trzecim secie meczu Benjamin Bonzi-Daniił Miedwiediew. Po pierwszym serwisie Francuza, na kort przez pomyłkę wbiega reporter. Sędzia Greg Allensworth popełnia błąd, nadgorliwie dając Francuzowi możliwość ponownego zaserwowania pierwszym podaniem. Rozpoczyna się trwający kilka minut horror z udziałem Danillła Miedwiediewa oraz nowojorskiej publiczności, która zjawiła się tego wieczora na stadionie im. Louisa Armstronga.
Horror, któremu w przynajmniej dwóch momentach mógł zapobiec Greg Allensworth – po pierwsze cofając swoją błędną decyzję, co byłoby słusznym, wręcz pożądanym rozwiązaniem. Jednak jeśli już stwierdził, że nie przyzna się do błędu, to miał już tylko jedno wyjście – wskazać winnego stanu, w którym przez bite 5 minut Benjamin Bonzi nie mógł się złożyć do wykonania serwisu. Winnym nie była jednak publiczność, a przynajmniej nie głównym odpowiedzialnym, a były numer 1 na świecie, który podjudzał tłum przeciwko sędziemu. Mając przy tym pełną świadomość, że ta sytuacja nie odbije się wcale na Allensworthie, który może dostanie upomnienie od organizatorów, ale na Bonzim, którego koncentracja została wyrzucona do śmieci.
Dlatego jedynym rozwiązaniem było upomnienie Miedwiediewa, na tyle daleko idące, że skończyłoby się najpewniej utratą punktu ergo zakończeniem meczu, jako że cały dramat rozgrywał się przy piłce meczowej dla Francuza. Oczywiście taka decyzja rozjuszyłaby i Daniiła i publiczność, ale nie od tego jest sędzia, żeby gładzić byłego lidera rankingu po pleckach, tylko jak popełnia przewinienie na korcie to go ukarać. W tym wypadku bardzo dotkliwie, odbierając mu de facto szansę powrotu do gry. Niestety Allensworth okazał się być tchórzem, który nie chciał podpaść tak ważnemu tenisiście, czym zachęcił go do dalszego podburzania publiki. To z kolei doprowadziło do utraty koncentracji przez Bonziego, który do stanu 2:2 w setach, a przypomnę że na ten moment było 2:0, jej nie odzyskał.
Ten przydługi opis sytuacji prowadzi mnie do dwóch wniosków, które może brutalne, ale jednak trudno się oprzeć wrażeniu, że trafiają w sedno. I to nie od niedzieli, a od miesięcy, jeśli nie lat. Pierwszym jest wręcz systemowe pobłażanie Daniiłowi Miedwiediewowi, który odkąd zaczął regularnie przegrywać mecze, a nawet kiedy jeszcze jego regularnie wygrywał, zachowywał się na korcie w sposób ekstraordynaryjny. Lekko mówiąc. I robił to ponownie regularnie. Nie były to wyskoki Novaka, za które zawsze był surowo karany, a bardziej stałe mówienie „sprawdzam” organizatorom turniejów, w kontekście tego na co sobie Rosjanin pozwolić. Jak widać może na wiele i nie może to pozostać bez odpowiedzi ITF i ATP. Nie może, ale zapewne zostanie.
Podobnej ciszy spodziewam się także w sprawie rokrocznej skandalicznej oprawy US Open. Oczywiście tenisista zachęcał publiczność do krzyku. Jednak już przy wiwatowaniu autów Francuza, decyzja była ekskluzywnie po stronie tych, którzy zasiedli na stadionie. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że co roku piszemy to samo, co roku niby ma się coś zmienić, a potem jak co roku organizatorzy US Open przedkładają największy budżet w kalendarzu tenisowym i władze tenisa machają na wszystko ręką. Problem w tym, że mecze na US Open powoli zaczynają przypominać piłkę nożna, albo dla bardziej znajomej referencji dla Amerykanów football. Różnica jest jednak zasadnicza – w tenisie najważniejsze jest skupienie przy którym wrzask nie pomaga, we wspomnianych grach zespołowych doping daje często drugie życie zespołom, które z publicznością ładują akumulator. W tenisie tak może być po wygranej akcji. Jednak jeśli po przegranej następuje buczenie, to bateria siada jak na zawołanie. Niestety kibice na US Open mają z tym najwięcej doświadczeń. Nie ma się czym chwalić.
(Fot. The Independent)

Dodaj komentarz