Śmierć nadejdzie w Breslau

Nie, nie chodzi o kolejną książkę Marka Krajewskiego. Chodzi o nowy serial, który rozgrywa się w naszym mieście. Jeśli „Breslau” utrzyma poziom dwóch otwierających sezon odcinków, możemy mieć do czynienia z jednym z najciekawszych wydarzeń serialowych w Polsce ostatnich lat.

Cofamy się w czasie do 1936 roku, kiedy to do Wrocławia, ówcześnie Breslau, przybywają sportowcy przygotowujący się do Igrzysk Olimpijskich w Berlinie. Dochodzi do morderstwa, którego okoliczności świadczą o antysemickim charakterze zbrodni. Do akcji wkracza kontrowersyjny, działający na granicy prawa i etyki zawodu komisarz Franz Podolsky, który działa pod presją czasu i przełożonych. Ci bowiem chcą się pochwalić tempem śledztwa samemu Hitlerowi, przy okazji próbując uniknąć międzynarodowego kryzysu.

Disney+ przedstawia nam po raz pierwszy oryginalną produkcję zrealizowaną w Polsce. Potentat na światowym rynku filmowym i telewizyjnym, do współpracy zaangażował Dolnośląski Fundusz Filmowy i ATM, a do wyreżyserowania całego serialu wybrany został Leszek Dawid. Po obejrzeniu dwóch pierwszych odcinków „Breslau” można powiedzieć, że Dawid poradził sobie znakomicie, szczególnie dobrze wykorzystując przyznane mu środki i wydaje się zaskakująco dużą artystyczną swobodę. Dzięki temu rozmach, który jest tu niekwestionowany, staje się świetnym fundamentem do opowiedzenie historia, która rozwija się w wielu kierunkach i przynajmniej na razie pozostaje w pełni spójna. Jest w „Breslau” bowiem dużo opowieści czysto ludzkiej, o bohaterach napisanych z zębem, z krwi i kości, charyzmatycznych i budzących dobre skojarzenia u widzów. W tym oczywiście wielka zasługa, poza świetnie ich prowadzącym Dawidem, zespołu aktorów, którzy właściwie bez wyjątku są tutaj w wyśmienitej formie.

Szczególne słowa uznania trzeba skierować w stronę Tomasz Schuchardta, który w moich oczach staje się polskim odpowiednikiem Jacka Nicholsona. Podolsky to kolejny dowód na to, że ten aktor nigdy nie jest nudny, nigdy nie gra postaci na jednej nucie, niuansuje dialogi, które nierzadko bywają trudne do wybronienia (choć akurat „Breslau” tak dużo ich nie ma) i rysuje bohatera całą paletą kolorów. Podolsky to postać absolutnie skrojona dla Schuchardta, który nie odcina od niej kuponów, przeciwnie wręcz buduje jej jakość swoim aktorstwem. Podobnie rzecz się ma zresztą z bohaterami Ireneusza Czopa, Przemysława Bluszcza czy Adam Bobika. Nieprzypadkowo na koniec zostawiłem Sandrę Drzymalską, której brawura jest wręcz zaraźliwa, ale w przeciwieństwie do kolegów nie do końca widzę na razie cel pojawienia się na ekranie Leny Podolsky. Nie mam jednak wątpliwości, że to się później zmieni, a Sandra, ostatnio nie popełniająca aktorskich pomyłek, dowiezie. I to jak.

Żeby pozostając przy zaproponowanej terminologii, „Breslau” w sensie generalnym, dowozi. A przynajmniej jego start. Zaskakująco dużo jest w tym serialu świeżości, której trudno było się spodziewać, po znanych przecież już próbach polskiej telewizji w gatunku kina historycznego. Wydaje się, że w serialu Dawida kluczowy jest ten drugi element gatunkowy – kryminał, w którym intryga na razie wygląda na bardzo obiecującą. Utrzymanie tej jakości będzie możliwe, jeśli tempo narzucone przez dobrze bawiącego się we Wrocławiu Dawida, zostanie utrzymane. I w sumie to jest clue, bo nie mam większej wątpliwości, że swoje wysokie standardy utrzyma kapitalnie pracujący kamerą Paweł Flis.

Jeśli forma z odcinków 1. i 2. zostanie utrzymana, do „Breslau” będziemy wracać z częstotliwością, która kojarzy się nam z klasykami polskiej telewizji. Szykuje się wydarzenie!

komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *