Stasierski: „Nowokaina” czyli o filmie, który nie wiadomo czym chce być…

…co nie zmienia faktu, że bawiłem sie na nim jak prosię.

Szybko o fabule: Ethan (Jack Quaid znowu w tej samej, idealnie dopasowanej do siebie roli) jest zastępcą kierownika banku. Sherry (Amber Midthunder) w nim pracuje – pewnego dnia dochodzi do brutalnego napadu na bank, w którym ginie kierownik oraz kilku policjantów. Sherry wpada w ręce przestępców, a Ethan na fali euforii wiążącej się z przedświadczeniem, że poznał miłość swojego życia, rusza ukochanej z odsieczą. Nie wszyscy wiedzą, że cierpi na schorzenie, które nie pozwala mu odczuwać bólu.

To schorzenie może stanowić jego dużą przewagę nad napastnikami, ale jednocześnie nie pozwala mu ocenić co i jak bardzo mu zagraża. Jego przypadłość staje się w filmie źródłem humoru i w tych licznych momentach jest on najlepszy. Sceny z nieodczuwającym bólu Ethanem są zabawne, zrealizowane z werwą i humorem, stając się czytelnym oddechem dla zaskakującej brutalnej „Nowokainy”. Ta brutalność wygląda zdecydowanie bardziej jak coś z filmu Tarantino czy Guya Ritchiego, niż z dramatów Scorsese. I właśnie wtedy „Nowokaina” jest świeża, bawi się konwencją. Historia jest opowiedziana w dobrym, niekiedy zatrważającym tempie. Nie sposób tego powiedzieć o przedłużonym prologu, który bywa wyjątkowo niezręczny, żeby nie powiedzieć, że cholernie nudny. Jednak jeśli wytrzymamy początkowe 30 minut, wyłączymy mózg, czeka nas rozrywka na zaskakująco przyzwoitym poziomie.

Olbrzymia w tym zasługa brawurowej obsady, która rozumie konwencję filmu chyba lepiej niż jego twórcy. Od Quaida, przez Amber Mitdhunder (cóż za wybitne nazwisko), po demonicznego Raya Nicholsona z szelmowskim uśmieszkiem, który idealnie sprawdza się jako bohater negatywny opowieści. Obsada jest tutaj kluczem do sukcesu, bez niej panowie Dan Berk i Robert Olsen nie mieliby się czym pochwalić. Dzięki niej „Nowokaina” nie będzie może seansem Waszego życia, ale chociaż pobawicie się dobrze. Może nawet tak dobrze, jak twórcy który na planie musieli mieć niezłą frajdę. Takiej, pamiętając o wyłączeniu głowy, życzę!

Tylko pamiętajcie o tej głowie, bo jeśli mózg pozostanie nawet w trybie uśpionym, zaczniecie analizować kolejne sceny i szukać w filmie logiki, „Nowokaina” będzie seansem nieznośnym. A tak jest w pełni znośnym, a w wielu momentach wręcz dostarczającym, pozostaje przez dobrą godzinę.

Dobre i to, należałoby powiedzieć, przy tak lichym wyborze, jak na nas w kinach aktualnie czeka.

komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *