Terrence Stamp czyli jedyna taka Bernadette

Są aktorzy, którzy rok po roku, jeden film po drugim, dostarczają nam takich wrażeń, że trudno nam wybrać jedną ich rolę, jeden film, z którym ich kojarzymy. Oni należą do tych najwybitniejszych. Są też tacy, którzy co prawda w wielu filmach występowali, ale nigdy nie dostali szansy na zabłyśniecie, na stanie się tym pierwszym nazwiskiem na plakacie. Nie zawsze jest to ich wina, bo mogli się urodzić po prostu w czasach, kiedy pewien rodzaj ról został niemal zagwarantowany dla konkretnej osoby.

Takim przypadkiem przez wiele lat był Terence Stamp, którego widzieliśmy w niemal co drugim filmie, ale jego nazwisko nam umykało. Mógł grać każdego dystyngowanego Brytyjczyka, od downstairs po upstairs, od lokaja po arystokratę. Robił to wszystko, ale w świadomości widzów istniał umiarkowanie. Ot kolejny po szekspirowsku wyszkolony brytyjski aktor, mówiąc z przepięknym, zwracającym uwagę akcentem.

Co prawda Stamp za swoją pierwszą rolę dostał nominację do Oscara, jednak trudno, żeby w 2025 roku pamiętać mały film Petera Ustinova z 1962 roku, w którym Terence zagrał rolę na drugim planie. Na tę najważniejszą rolę Stamp musiał więc poczekać, w moim sercu do 1994 roku, kiedy to zapoznaliśmy się z historią pewnych drag queen jadących przez Australię kuriozalnym autobusem. To w tym filmie – „Priscilii, królowej pustyni” – Stamp zagrał Bernadette Bassenger – trans kobietę, która dołącza do ekipy dwójki młodszych od siebie drag queens, nie do końca mając świadomość co ją czeka na końcu tej drogi.

Tick (Hugo Weaving), drag queen z Sydney, dostaje propozycję kontraktu na występy dragowe w kasynie…swojej żony, w centralnej Australii, gdzie dojazd stanowi konkretne wyzwanie. Namawia swoich dwoje towarzyszy do podróży w nieznane. Bernadette jako jedyna z trójki przeszła procedurę uzgodnienia płci. Tym trudniejsze zadanie aktorskie stanęło przez Stampem.

Bernadette jest rozczarowana tym, że po operacji życie wcale nie jest łatwiejsze, przyjemniejsze. Przeciwnie walka jest ta sama, a może nawet i trudniejsza, bo za oczywistymi zmianami, których doświadcza świat, nie idzie zmiana świadomości ludzi, który niezmiennie pozostają najsłabszym ogniwem każdej scenerii, w której żyjemy. Bernadette, już jako kobieta, musi sobie z radzić z tożsamością, jednocześnie próbując okiełznać choćby tłum idiotów napalonych na młodego Adama (Guy Pearce), jednak nie na jego ciało tylko na możliwość dowalenia słabszemu.

Bernadette w gruncie rzeczy pozostaje matką tego przeciwnego tercetu, co pokazuje, że środowiska progresywne, kiedy idzie o role społeczne bywają konserwatywne. To właśnie Bernadette przejdzie bodaj największą przemianę – szansą na zagojenie ran po pełnym rozczarowań życiu może okazać się niepozorny Bob. Na pierwszy rzut oka ten prosty, ale uczciwy gość wydaje się kompletnie nie pasować do Bernadette, ale w końcu znajdują wspólny język. Stamp jest w tej roli mistrzowski – łączy w jednej postaci wrażliwość i empatię z cynizmem, którego Bernadette nauczyło życie. W końcu daje się ponieść ukrywanym przez lata emocjom. Dzięki temu Bernadette przeżywa swoje katharsis, zresztą niekoniecznie tylko raz. Na pewno jednak w finałowej scenie, która jest niezapomniana.

Terence Stamp był ryzykownym pomysłem castingowym, który teraz już by nie przeszedł – przy kreśleniu portretów kobiet-trans podkreśla się tę aktualną, kobiecą stronę. W wypadku filmu z 1994 roku wydać, że standard był inny: ważne było także to co się działo przed zabiegiem. I stąd właśnie decyzja o obsadzeniu Stampa, który z lekkości odnalazł w sobie duszę kobiety, co w dużej mierze pozwoliło mu stworzyć aż tak fascynującą postać.

Polecam serdecznie spektakl w Teatrze Capitol pod tym samym tytułem. Bernadette grają na zmianę aktorki Justyna Szafrana i Justyna Antoniak – każda na swój sposób zagarnia tę postać dla siebie, zupełnie jak wielki Terence.

komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *