Rot: Sezon nagród filmowych 2024/2025 jak w kalejdoskopie

Tegoroczny sezon dobiegł końca, oscarowy brokat zdążył opaść, a niektórzy eksperci już przewidują co się może wydarzyć w przyszłym roku. Ja natomiast chciałbym rozłożyć ten okres na czynniki pierwsze i postarać się znaleźć kluczowe punkty, które zadecydowały o ostatecznym sukcesie „Anory” Seana Bakera. Cofniemy się prawie rok, do festiwalu w Cannes, a następnie kolejnymi miesiącami zaprezentuję co wydarzyło się istotnego w tym długim oscarowym wyścigu.


Maj


Cannes prawdę Ci powie. Ostatnie lata pokazują jak istotnym elementem w promocyjnej układance stały się festiwale filmowe. To na nich prezentowane są tytuły, które stają się smakowitymi kąskami ważnych dystrybutorów. Dwa lata temu sukces „Anatomii upadku” i szybkie wykupienie go do dystrybucji przez firmę NEON (później Oscar za scenariusz oryginalny i nominacja w głównej kategorii). W poprzednim roku dystrybutor ten posiadał już prawa do „Anory”, więc o zakupy nie musiał się martwić (choć i tak rzutem na taśmę wykupili „Nasienie Świętej Figi” Rasoulofa). Drugim najbardziej pożądanym tytułem canneńskiego festiwalu okazała się „Emilia Perez”, której prawa wykupił Netflix. Praktycznie od pierwszych pokazów te dwa filmy zaskarbiły sobie sympatię zarówno widzów, jak i krytyków i to o nich mówiło się w kontekście potencjalnych nagród. Czarnym koniem festiwalu okazała się jednak „Substancja”, która wzbudziła skrajne emocje – od zachwytów głoszących, że oto mamy coś zupełnie świeżego w kinie, po negatywne głosy o bezmyślnym upajaniu się gatunkiem body horroru. Początkowo prawa do „Substancji” posiadał Universal Pictures, jednak z uwagi na dość specyficzny typ kina postanowili sprzedać go za blisko 15 mln $ wchodzącemu na coraz większą skalę MUBI. Festiwale jednak mogą również przekreślić szanse na nagrody – tak było w przypadku zapowiadanego na opus magnum powracającego do kina Francisa Forda Coppoli ze swoim wymarzonym projektem „Megalopolis”. Niestety jego dzieło okazało się zbyt eksperymentalne i z miejsca zostało skreślone z oscarowych notowań.

Czerwiec-Lipiec-Sierpień


Sezon wakacyjny upływał przede wszystkim pod znakiem sukcesów finansowych dwóch tytułów – „W głowie się nie mieści 2” oraz nowego Deadpoola. Jednak od początku było jasne, że nie jest to materiał na wielkie nagrody (choć animacja Pixara ostatecznie zdobyła większość ważnych nominacji). Z drugiej strony byliśmy świadkami spektakularnej porażki „Horyzontu” Kevina Costnera, którego western okazał się jedną z największych box-office’owych porażek roku.


Wrzesień


Tradycyjnie wrzesień to czas jesiennych festiwali, które uznawane są jako oscarowe przedbiegi. Wenecja, Telluride czy Toronto to miejsca, w których wykuwają się wstępni faworyci do nagród. Wenecki festiwal sporo nam zweryfikował skreślając z walki między innymi nowego „Jokera”, a także „Queer” Luki Guadagnino. Pojawił się natomiast czarny koń całego sezonu – „The Brutalist” Brady’ego Corbeta, który jednogłośnie został okrzyknięty arcydziełem. Niespodziewanie przegrał jednak Złotego Lwa z dość letnio przyjętym „W pokoju obok” Pedro Almodóvara, ale tę nagrodę większość przyjęła jako docenienie Pedro za swoje dokonania dla X muzy, a niekoniecznie za sam film. Zupełnie pod radarem przeszedł brazylijski „I’m Still Here” Waltera Sallesa, który dzięki potężnemu zaangażowaniu Brazylijczyków w sieci został świetnie wypromowany w dalszej części sezonu. Telluride potwierdziło nam dwóch pretendentów do nagród – „Konklawe” Edwarda Bergera i „Nickel Boys”, czyli adaptacja nagrodzonej Pulitzerem powieści Colsona Whiteheada. Toronto postawiło jednak na niespodziankę i w głosowaniu publiczności wyróżniło „The Life of Chuck” Mike’a Flanagana, którego po festiwalowej premierze wykupił NEON i ogłosił premierę w 2025 roku (czyli w przyszłym sezonie możemy spodziewać się tego filmu w oscarowej stawce). Drugie i trzecie miejsca zajęły canneńskie hity – „Emilia Perez” oraz „Anora”.


Październik


Kolejny miesiąc upłynął pod znakiem finansowych porażek „Jokera: Folie à Deux” i niespodziewanie „Saturday Night”, które typowane było jako potencjalny hit Toronto. Jednakże amerykańska publiczność nie była zainteresowana zobaczeniem kulis powstania pierwszego odcinka legendarnego SNL. Pod koniec października oficjalnie wkroczyliśmy w fazę pierwszych nagród za sprawą Gotham Awards, które doceniają amerykańskie kino niezależne. Tutaj po raz pierwszy dostaliśmy potwierdzenie, że „Anora” będzie mocnym graczem. Zaskakująco „Sing Sing” (hit Toronto 2023) pokazało dużą słabość, którą kontynuowało przez następne miesiące.


Listopad


Pierwszy mocny zwrot akcji: „Wicked” staje się kinowym fenomenem, a „Emilia Perez” po premierze na Netflixie zostaje internetowym wrogiem numer jeden. Adaptacja słynnego broadwayowskiego musicalu w reżyserii Jona M. Chu z Cynthią Erivo i Arianą Grande bije kolejne rekordy momentalnie zamieniając się w jednego z poważnych kandydatów do Oscarów. Na przeciwległym biegunie kina canneński hit Jacquesa Audiarda pada ofiarą przeróżnych oskarżeń twitterowej społeczności zarzucającej mu rasizm, transfobię czy inne grzechy współczesnego świata. Mimo to Emilia kontynuuje swój pochód po branżowych nagrodach zdobywając Brązową Żabę na Camerimage.

Grudzień


Ten miesiąc obfituje zawsze w nagrody od przeróżnych kół krytyków, a wśród nich najważniejszymi są NYFCC (krytycy z Nowego Jorku) oraz LAFCA (krytycy z Los Angeles), a te postawiły na „The Brutalist” w przypadku pierwszego i „Anorę” w przypadku drugiego. Te dwa filmy wyrosły na faworytów u krytyków, jednak prawdziwym testem były nominacje do Złotych Globów. Tutaj faworytem stała się „Emilia Perez”, która otrzymała aż 10 nominacji (drugi wynik w historii Globów), a film Corbeta został wyróżniony 7 nominacjami. Wszystkie laury dla musicalu Audiarda napędzały kolejną spiralę hejtu w Internecie i nową dawkę absurdalnych argumentów. Ostatnim filmem, który do tej pory nie miał jeszcze premiery, a okazał się oscarowym graczem był „Kompletnie nieznany”, który w nietypowy sposób podjął się tematu biografii Boba Dylana. Nowy obraz Mangolda zaskarbił sobie uznanie wśród filmowców zostając zauważonym na przeróżnych branżowych nagrodach.


Styczeń


Początek roku to kluczowe rozstrzygnięcia przed oscarowymi nominacjami. 5 stycznia mieliśmy Złote Globy, na których triumfowali „The Brutalist” oraz zaskakująco „Emilia Perez” nad „Anorą”, która ostatecznie wyszła z globowej gali z pustymi rękami. W tym momencie wielu (w tym ja) zwątpiło w siłę dzieła Bakera stawiając na zwycięstwo epopei Corbeta. Jednak gildia aktorów szybko zweryfikowała predykcje nominując go tylko w jednej kategorii. To był poważny sygnał, że aktorzy nie cenią tej wizji monumentalnego kina. Za to nadspodziewanie dobrze poradziła sobie „Anora” zdobywając nominację dla najlepszej obsady. BAFTA z kolei potwierdziła nam, że „Wicked” nie jest tak lubiane poza USA i nie powinno liczyć się o wygraną w najważniejszych kategoriach. Aż wreszcie dochodzimy do tego momentu – ogłoszenie oscarowych nominacji. I tutaj „Emilia Perez” została wyróżniona 13-krotnie, co jest drugim wynikiem w historii i zarazem najlepszym dla filmu nieanglojęzycznego. Jednak „Anorę” docenili we wszystkich kategoriach, w
których miała realną szansę, więc nie można było jej skreślać. Ale chyba największym zaskoczeniem było przebicie się brazylijskiego „I’m Still Here” do głównej kategorii. Zmasowana kampania prowadzona w mediach społecznościowych, do tego Sony, które doskonale poprowadziło promocję wśród branży i w tym momencie „Emilia Perez” zyskała sobie konkurenta w filmie zagranicznym.


Luty


Gwóźdź do trumny „Emilii Perez”. Największym zwrotem akcji w tym sezonie było bez wątpienia pojawienie się starych twittów aktorki odgrywającej główną rolę w musicalu Audiarda – Karli Sofii Gascón. Wpisy o wydźwięku mocno rasistowskim, islamofobicznym, ale przede wszystkim krytykującym samą Akademię (a tego jak widać Akademicy nie wybaczają). W tym momencie stało się jasne, że „Emilia Perez” poniesie klęskę na Oscarach, pytanie było jedno – jak dużą. Rosnący w siłę „I’m Still Here” został bezpieczną alternatywą dla wyróżnienia go Oscarem za film zagraniczny, a Zoe Saldana całkowicie odcięła się od poglądów jej koleżanki z planu (i całe szczęście, że ta afera bezpośrednio jej nie dotknęła). 8 lutego, tuż przed rozpoczęciem oscarowego głosowania miał miejsce kolejny (i jeszcze nie ostatni) zwrot. Gildia producentów i reżyserów (w przypadku tego drugiego większość spodziewała się wygranej Corbeta) postanowiła nagrodzić „Anorę” pieczętując tym samym jej status faworyta. A tydzień później BAFTA postanowiła lekko namieszać stawiając na „Konklawe”. Jednak dla mnie kluczową decyzją było wyróżnienie Mikey Madison nagrodą dla najlepszej aktorki, która na ostatniej prostej (dosłownie dwa dni przed końcem głosowania) wyprzedziła Demi Moore. To był sygnał, że „Anora” ma także poparcie osób spoza USA. 23 lutego odbyła się gala rozdania nagród SAG i tutaj mieliśmy już ostatni (ale wg mnie nieistotny) zwrot, czyli zwycięstwo „Konklawe” w najlepszej obsadzie. Tym samym stał się realny scenariusz powtórzenia sytuacji z „Miasta gniewu”, które pokonało „Tajemnice Brokeback Mountain” z wygraną SAG w zderzeniu z PGA+DGA+WGA. Jednak warto zaznaczyć, że gala SAG miała miejsce już po zakończeniu głosowania, więc cały buzz tak naprawdę nie miał już większego wpływu.

Oscary


Akademia z każdym rokiem zmienia się, staje się bardziej międzynarodowa i coraz więcej młodych filmowców głosuje na nagrody. Tym samym decyzje, które jeszcze kilka lat temu były nie do pomyślenia miały szanse się wydarzyć. Tak było w przypadku animacji „Flow”, która pokonała wielką produkcję DreamWorksa „Dziki robot” i stała się niejako symbolem nowej Akademii. Teraz filmy z niewielkim budżetem, ale generujące pasję mogą pokonać potężne hollywoodzkie studia. Natomiast w momencie, w którym „Anora” wygrała montaż wszystko stało się jasne – mamy sweepa, a Mikey Madison również wygrywa Oscara pokonując tym samym narrację doświadczonej aktorki Demi Moore. Współczesna Akademia uwielbia nagradzać jeden film w wielu kategoriach – tak było w przypadku „Wszystko wszędzie naraz”, „Oppenheimera” i tak jest w tym roku z „Anorą”. Czy taka zasada zostanie już z nami na stałe na przyszłe lata? Czas pokaże, ale ewidentnie mamy w tym pewną prawidłowość.

Tak właśnie kończymy cały sezon (choć w sumie niekoniecznie, bo gildia montażystów postanowiła ogłosić swoich zwycięzców już po Oscarach), więc powoli można zacząć patrzyć w przyszłość. Tam czeka na nas nowy film Paula Thomasa Andersona, Avatar 3, czy Bugonia Yorgosa Lanthimosa. I już za kilka miesięcy znowu będziemy emocjonować się doniesieniami o przyszłych faworytach do Oscara. Taki jest ten kinofilski krąg życia.

komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *