Rot: Harmony Korine. Twórca post-kina czy mistrz trollingu?

Z zafascynowaniem obserwuję ostatnie poczynania reżyserskie Harmony’ego Korine i czuję się nieco bezradny w interpretowaniu tego czym tak właściwie są „Aggro Dr1ft” oraz „Baby Invasion”. Oba projekty miały premierę na festiwalu w Wenecji i zbudziły skrajne reakcje – od zachwytów, że oto mamy zupełnie nowe otwarcie w kinie, po kompletną negację jego wizji. Osobiście jestem w rozkroku pomiędzy adoracją „Aggro Dr1ft”, a odrzuceniem „Baby Invasion”, które w mojej opinii przekroczyło granicę aoglądalności. Czy dwa wspomniane filmy za kilkadziesiąt lat będą traktowane jako przełomowe dzieła dla historii kina, czy może świat szybko zapomni o wybrykach amerykańskiego ekscentryka? Właśnie temu poświęcę ten artykuł.

Kino jako nieograniczona studnia pomysłów

Korine tworzy obrazy na zasadzie postmodernistycznej myśli im więcej, tym lepiej. Ilość tropów na centymetr kwadratowy często przebija barierę dobrego smaku świadomie obracając się w kręgu kampu, czy wręcz naśmiewania się ze swoich widzów (albo wraz z widzami). W tym elemencie z pewnością można doszukiwać się zmysłu reżysera do kreowania świata bazującego na prostym związku akcji i reakcji. Filmy te, co do zasady, mają szokować, wyzwalać sprzeczne ze sobą emocje i w żadnym wypadku nie pozostawiać obojętnym. Trzeba uczciwie przyznać, że amerykański reżyser spełnił te założenia w każdym calu. Oddziaływanie dwóch ostatnich tytułów jego dorobku potwierdza, iż mamy do czynienia z bezkompromisową wizją, którą albo się kupi, albo znienawidzi – bez półśrodków czy pozostawiania widza w poczuciu oglądania letniego filmidła na niedzielne popołudnie. Zarówno „Aggro Dr1ft”, jak i „Baby Invasion” to dzieła nie tyle oryginalne, co wręcz jedyne w swoim rodzaju (czy udane to już zupełnie inna kwestia). Mam wrażenie, że Harmony Korine od początku swojej kariery poszukiwał stylu, który korzenie będzie miał w konceptualnym wymiarze kina (szósty film manifestu Dogme 95, i zarazem pierwszy amerykański, to wyreżyserowany przez niego „Julien Donkey-Boy”) połączonym z dość specyficznym (śmieciowym?) poczuciem humoru. Mając na uwadze te dwa elementy można utworzyć z nich matrycę, która ładnie odbije kształt interpretacji późniejszych poczynań reżysera.

„Aggro Dr1ft” jako obraz Terrence’a Malicka na sterydach

Jedną z szokujących dla mnie wiadomości był fakt, iż pierwsze reakcje po weneckim pokazie „Aggro Dr1ft” sugerowały liczne nawiązania do stylu Malicka. Jako wierny akolita malickowej wrażliwości z niecierpliwością czekałem na ten seans. Później przeczytałem artykuł, w którym Korine zdradził, że Malick napisał dla niego scenariusz, co jeszcze mocniej podsyciło moje oczekiwania. I rzeczywiście, zgodnie z zapowiedziami projekt ten okazał się niezwykle przeszywającym hymnem na cześć miłości z absolutnie przepięknym końcowym monologiem napisanym jakby poetycką frazą malickowej duszy. Zaskakująco z pozoru kontrastująca z nim maksymalistyczna forma nakręcona termowizyjną kamerą nadała jej zupełnie innego wymiaru dopełniając seans o pobudzający, wyostrzający zmysły charakter. Harmony Korine korzystając ze stylu mistrza (czyli nadając swojemu dziełu pewnego konceptu) dopisuje do niego nieoczywisty humor, który wybrzmiewa w zupełnie nieoczekiwanych momentach. Reżyserska matryca idealnie wpisuje się w formę filmową tworząc melanż porozrzucanych w eter pomysłów.

„Baby Invasion” o jeden most za daleko

Testując granice kina (i przy okazji wytrzymałości widza) Korine posunął się o krok dalej w eksplorowaniu coraz to dziwniejszych horyzontów filmowych. Tym razem połączył świat gier z pierwszoosobową perspektywą (POV) oraz technikę AI zmieniającą twarze w dziecięce lica. W efekcie otrzymał postrzeloną hybrydę internetowego patostreama karmiącego się nieuzasadnioną przemocą z materią filmową ubraną w pełnometrażowe ciuszki. Podczas oglądania zastanawiałem się po co właściwie powstał ten wybryk. Reżyser tym razem nie dał przestrzeni do głębszego przekazu, a skupił się nad, wątpliwej jakości, rozrywką. Całość przypominała mi przedłużony żart bez puenty, w którym oczekujesz choć jednego śmiesznego momentu. Twórcy wydawało się chyba, że sam absurdalny punkt wyjściowy z wszechobecnymi twarzami bobasów będzie na tyle śmieszny, że całkowicie przykryje brak scenariusza czy jakiejkolwiek myśli przewodniej. Patrząc jednak z szerszej perspektywy korineowska matryca znowu zdaje się definiować cały film. Choć tym razem nie spełnia się w żadnym z poziomów.

Wnioski i pora na CS-a

Mam wrażenie, iż Harmony Korine znalazł pewien klucz, według którego tworzy swoje obrazy. Sukcesywnie przekracza on kolejne granice kina sprawdzając możliwości X muzy. W tym elemencie rzeczywiście możemy powiedzieć, że mamy do czynienia z zupełnie niespotykaną dotąd gałęzią filmową. Czy nazwałbym to post-kinem? Być może, ale póki co ciężko jednoznacznie zaszufladkować poczynania amerykańskiego ekscentryka. Czas z pewnością zweryfikuje domniemania o nowej dziedzinie kinematografii. Osobiście jestem ciekawy, w którą stronę pójdą następne projekty Korine. Mimo, że czasami niemiłosiernie błądzi to jednego odmówić mu nie można – od początku kariery konsekwentnie dąży do odnalezienia swojego unikatowego języka filmowego.

Oba filmy można legalnie obejrzeć na stronie internetowej firmy EDGLRD.

komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *