Jest rok 1998, moje pierwsze w życiu zimowe igrzyska olimpijskie, oczywiście śledzone w telewizji, z nosem wklejonym w kineskopowy telewizor dziadków, którzy akurat postanowili zrobić sobie przerwę od oglądania Gali Piosenki Biesiadnej Zbigniewa Górnego. Trwa program dowolny solistów w łyżwiarstwie figurowym – na taflę lodowiska w Nagano wjeżdża francuski oryginał Phillipe Candeloro i prezentuje program w stroju muszkietera rodem z powieści Aleksandra Dumasa.
Dla przypomnienia:
Po tym występie, a może już nawet w momencie tej ikonicznej sekwencji kroków D’Artangnana, moje serce zabiło mocniej. Ten sport okazał się czymś więcej niż tylko popisami skoków, bo w tych Candeloro wcale nie brylował, czy wybitnej techniki łyżwiarskiej, w czym Candeloro był jeszcze gorszy. Chodziło o emocje, artyzm, spotkanie z widzem, który powinien móc się zaangażować w występ. Nie bez przyczyny, po dziś dzień o brązowym medalu Candeloro z Nagano pamięta się lepiej niż o złocie Ilii Kulika. Podobnie jak o salcie przez plecy, które niezgodnie z przepisami wykonała w programie solistek Surya Bonaly, nomen omen także reprezentantka Francji.
Nie bez przyczyny wspomniałem też o tym salcie w tył, które do bodaj zeszłego roku pozostawało elementem zakazanym. Jednak w 2024 roku Międzynarodowa Unia Łyżwiarska zmieniła ten przepis, co umożliwiło mojemu bohaterowi tygodnia wykonywanie go już regularnie w swoich programach. Ilia Maninin to łyżwiarz figurowy, którego aktualnie wszyscy Amerykanom mogą zazdrościć. Pewne ktoś zada teraz pytanie: jak to Amerykanom? Otóż Ilia, aktualnie lat 20, to urodzony w Fairfax w Wirginii, amerykański łyżwiarz, zrodzony ze związku uzbeckiej łyżwiarki Tatiany Malininy i Romana Skorniakova, który zdecydował się przyjąć nazwisko swojej matki, bo…jest ono daleko łatwiejsze do wymówienia dla jego rodaków zza Oceanu. Dlaczego wybrałem go na bohatera tygodnia? Bo po raz pierwszy od Candeloro, choć z zupełnie innych powodów, moje bijące dla łyżwiarstwa figurowego serce znowu mocniej zabiło. Ten młodzian jest absolutnym fenomenem, który po zeszłorocznym mistrzostwach świata stał się z miejsca faworytem przyszłorocznych igrzysk olimpijskich. Co zrobił? W programie dowolnym, wykonanym pod fenomenalną muzykę Nicolasa Brittela z „Sukcesji” podczas mistrzostw świata w Montrealu, wylądował 6 skoków z czterema obrotami. Oznacza to, że wszystkie skoki łyżwiarskie: toe-loop, salchow, rittberger (loop), flip, lutz i axel zostały przez niego skutecznie wykonane, co nie udało się nigdy nikomu. Kiedyś marzyliśmy o tym, żeby chociaż jeden, najcześciej toe-loop i salchow, był tym ze skoków, w którym udało się zrobić 4 obroty. On to zrobił w pięciu, a w szóstym axlu, do którego najazd wymaga dodatkowego półobrotu na starcie, pokazał 4,5 obrotu. Dodajmy do tego kombinację potrójnych lutza i axla, skoczonego bez żadnego najazdu – magia. Tutaj odnośnik do programu: https://www.youtube.com/watch?v=AdtsnWp-0_8&list=PPSV&ab_channel=EurosportPolska
W Bostonie, na tegorocznych mistrzostwach, ten program nie był tak perfekcyjny. Ale był za to tak emocjonalnie szczery, prawdziwy, tak dobrze Malinin zjednał sobie publiczność, że można było łatwo zapomnieć o tym lutzie z dwoma obrotami. Ten człowiek jest nie z tej Ziemi. Ten człowiek zmieni tę dyscyplinę na lata, jego wpływ będzie niebagatelny, pewnie na poziomie kariery Jewginija Pluszenki, o której jednak chcemy zapomnieć.
Apel do Ilii i jego trenerów: nie zmarnujcie go, to niedługo wyląduje skok z pięcioma obrotami – wtedy ten program, parafrazując Włodka Szaranowicza komentującego rekord świata Michal Johnson, wprowadzi nas do świata XXII wieku. Czekamy!
foto: CNN
Dodaj komentarz