„Staram się odbierać filmy intuicyjnie, pod wpływem impulsu. Suche naukowe analizy nie są dla mnie” – mówił w jednym z wywiadów reżyser Paweł Maślona. Cóż, oglądając jego pełnometrażowy debiut trudno nie zauważyć skutków takiego stosunku do kina. „Atak paniki” nie jest bowiem (przynajmniej dla mnie) filmem, do którego możnaby podejść całkowicie na chłodno, bezemocjonalnie rozłożyć go na czynniki pierwsze. Debiut Maślony to absolutna emocjonalna petarda, którą odebrałem nie rozumem, a właśnie zmysłami czy też intuicją. I weź ty człowieku napisz teraz recenzję!
Fabularnie „Atak paniki” to zbiór kilku opowiadanych równolegle historii: uzależniony od gier komputerowych kelner zmaga się przez telefon z anonimowym stalkerem, grupa dzieciaków dostaje „złego tripu” po lekkim przedawkowaniu, neurotyczna pisarka spotyka się z byłym mężem, świadcząca anonimowe usługi erotyczne przez internet dziewczyna desperacko próbuje ukryć swoją profesję przed namolnymi koleżankami, a poczciwe małżeństwo bez skutku stara się spławić uciążliwego sąsiada podczas lotu samolotem. Wspólnym mianownikiem tych wszystkich anegdot jest oczywiście tytułowa panika, która staje się tu synonimem dowolnej negatywnej emocji: gniewu, strachu, a nawet wstydu.
Narastająca frustracja jest tym co łączy „Atak paniki” z wcześniejszymi, argentyńskimi „Dzikimi historiami”. Nie rozumiem jednak ciągłych porównań ani tym bardziej nazywania „Ataku…” polską wersją wspomnianego obrazu. Oba filmy różnią się przecież zarówno pod względem fabuły jak i konstrukcji (w „Dzikich historiach” nowelki nie zazębiały się, następowały jedna po drugiej). To też zupełnie inna bajka pod względem wywołwanych emocji. Film Szifóna całą swoją siłę opierał na smoliście czarnym (mało powiedziane!) humorze.
Maślona tymczasem stawia również na spektakl. Ze swobodą doświadczonego artysty bawi się tu filmową dramaturgią – z każdą kolejną minutą podkręca śmieszno – straszne sytuacje, łączy ze sobą pozornie niepowiązane wątki, zaburza perspektywę czasową, redefiniuje nasze dotychczasowe postrzeganie postaci. Wybitnie zmonotowany przez Agnieszkę Glińską kalejdoskop wrażeń przyspiesza coraz bardziej się aż do wielkiego finału, w którym (w rytm muzyki Chopina) ataku paniki zdaje się dostawać cały zamieszkany przez bohaterów świat. Khatarsis jednak nie następuje. Maślona nadmuchuje swój film niczym balon do gigantycznych rozmiarów, lecz w przecieństwie do Paula Tomasa Andersona (mowa tu oczywiście o „Magnolii”, do której „Atak…” również jest porównywany) nie ma zamiaru przebić go z hukiem. Zostawia niedopowiedzenie. W momencie, w którym spodziewalibyśmy się oczyszczenia, bądź też całkowitej apokalipsy urywa film i każe nam samym domyślić się co też czai się za sprytnym montażowym cięciem.
Ocena: 10/10
Dodaj komentarz