fot. NPR

Stasierski: Historia pewnego przemówienia

Donald Trump wygłosił pierwsze w drugiej kadencji przemówienie przed połączonymi izbami Kongresu – w tym wypadku nie nosi ono oficjalnego tytułu przemówienia o stanie państwa (lub o stanie unii), ale trzeba przyznać, że o stanie tego Państwa ono było, a może o wizji tego stanu, o której od początku kadencji cały czas mówią Trump i nadprezydent Elon Musk.

Każde tego typu przemówienie prezydenta USA wygląda mniej więcej tak samo – komentatorzy określają je mianem „laundry list” czyli listą teoretycznych osiągnięć i planów administracji, połączoną z przestawieniem różnych postaci, które w określony sposób przysłużyły się społeczeństwu, traktując ich nie inaczej niż jak polityczne rekwizyty.

W przypadku Trumpa ta lista jednak zwykle jest nieco inna, gdyż dotychczasowi prezydenci, z różnymi umiejętnościami komunikowania swoich osiągnięć, starali się przynajmniej trzymać sprawdzalnych informacji i faktów. Trump jednak przyzwyczaił do czegoś innego – jego przemówienia są zwykle bowiem mieszanką półprawd, niesprawdzonych danych oraz ostatecznie kłamstw, sprzedawanych z bezczelnością i pewnością siebie, którą w pewnym sensie trzeba nawet doceniać. Ale też wyciągać wnioski na przyszłość – Demokraci po tym przemówieniu, w którym ich poprzednia administracja została zrównana z Ziemią, muszą zrozumieć, że ich lider w Izbie Reprezentantów Hakeem Jeffries myli się w idei poszukiwania dróg współpracy z Trumpem.

Temu człowiekowi nie zależy na współpracy, co pokazało nie tylko to przemówienie, oklaskiwane co 15 sekund przez polityków Partii Republikańskiej, pozbawionych kręgosłupa z jednej strony, myślących w tożsamy sposób co prezydent z drugiej (nie wiem co bardziej przerażające) Republikanów, ale właściwie każde wystąpienie publiczne. On ma ideę zgoła odmienną – ręka w rękę z niewybranym, niezatwierdzonym przez Senat Elonem Muskiem, Trump chce w praktyce unicestwić rząd federalny poprzez eliminację tych agencji i instytucji, które mogą być dla niego i jego nowych przyjaciół oligarchów zagrożeniem. To wewnątrz kraju. Na zewnątrz jego wizja jest mniej koherentna, bo z jednej strony planuje niczym ze średniowiecza ekspansję terytorialną, określając chociażby odchodzącego premiera Kanady Justina Trudeau mianem gubernatora. Z drugiej w stosunku do Europy można odnieść wrażenie, że próbuje ponownie urzeczywistnić ideę izolacjonizmu USA i nie wtrącania się w konflikty na Starym Kontynencie. No chyba, że idzie o złoża rzadkich surowców w Ukrainie…

Jedynym co ma nam przypominać o istnieniu USA, mają być stopniowo nakładane lub przywracane cła. Właśnie w trakcie wygłaszania przemówienia, Trump rozpoczął wojny celne na kilku frontach: z Unią Europejską, Kanadą, Meksykiem. Podwyższył także cła na produkty z Chin. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać, a przodował w tym Trudeau, który odkąd ogłosił, że rezygnuje ze stanowiska premiera, bardzo zaktywizował swoje działania. O paradoksie z tej wojny celnej największym zwycięzcą może być jego partia liberalna, która w sondażach coraz bardziej zbliża się do konserwatystów i nie wykluczony jest kolejny rząd zbudowany na bazie swoistego kordonu sanitarnego przed władzą Pierre’a Poilievre.

Po przemówieniu o stanie państwa można powiedzieć tyle – zostało odhaczone. Trump pobił rekord Clintona w długości przemówienia, ale paradoksalnie przy całej liście osiągnięć oraz wypaczeń Bidena, zabrakło w nim pojednawczego tonu, który miałby scalić rozpadającą się amerykańską unię. Jeśli tak mają wyglądać najbliższe 4 lata, a obstawiam że może być jeszcze gorzej, to Europo, licz na siebie. Bo zza Oceanu pomoc już nie przyjdzie.

komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *