Połowa marca. Jeffrey Goldberg dostaje powiadomienie na aplikacji SIGNAL. Nic zaskakującego, ludzie używają kilku czy kilkunastu aplikacji do komunikowania się – myśli. Sprawdza do jakiej konwersacji zostaje dołączony i jest pewien, że to fake. W końcu on, redaktor naczelny The Atlantic, gazeta dość jednoznacznie zwalczającej Trumpa, nie mógł trafić do takiej konwersacji. Zresztą żaden dziennikarz, czy CNN, czy FOXa, czy Daily Wire, nie powinien do niej trafić. W końcu na tym czacie grupowym najbardziej wpływowi przedstawiciele szeroko pojętego aparatu bezpieczeństwa, w tym wiceprezydent JD Vance, sekretarz obrony Pete Hegseth czy dyrektor CIA John Ratcliffe, dyskutują o szczegółach ataku na Jemen, do którego zresztą doszło kilka dni później.
Golberga do konwersacji, zapewne przez przypadek, dodał doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Michael Waltz, przedstawiciel frakcji neokonserwatywnej w administracji Trumpa. Te poglądy łączą go z Goldbergiem, można więc domniemywać, że nie była to ich pierwsza komunikacja, ale też trudno podejrzewać, żeby chciał do tak istotnej rozmowy dołączyć człowieka reprezentującego medium otwarcie krytykujące prezydenta. Z fragmentów opublikowanych w artykule Goldberga wysnuć można wniosek, że w administracji istnieje rzeczywiście podział na prących do wojny neokonserwatystów – takich jak Waltz – oraz tych, którym z wojną nie po drodze, bo stanowi ona zaprzeczenie wszystkiego o czym w kampanii wyborczej opowiadał ich szef. Do tego grona na pewno trzeba zaliczyć JD Vance’a, który na podstawie wycinków rozmowy jawi się jako wielki przeciwnik Europy i kontaktów ze Starym Kontynentem, zachowujący jednak resztki instynktu politycznego, o czym świadczy stwierdzenie, że atak na Jemen będzie niezrozumiały dla wyborców, bo okaże się zaprzeczeniem tego z czym szli do wyborów, szczególnie znowu w kontekście stosunków z Europą. W momencie, kiedy Vance artykułuje swoje wątpliwości, do rozmowy włącza się prawdopodobnie Stephen Miller (ukrywający się pod literkami SM), zastępca szefowej personelu Białego Domu, który opierając się bardziej na swojej interpretacji wypowiedzi Trumpa, stwierdza, że ten dał zielone światło do działania.
Sporo w tych wypowiedziach gdybania, mało natomiast pewności decyzyjnej, a najmniej podstawowych kompetencji do sprawowania urzędów. Najważniejsi, w teorii przynajmniej, ludzie odpowiedzialni za bezpieczeństwo USA, porozumiewają się poprzez komunikator SIGNAL, solidnie zaszyfrowany, ale jednak możliwy do ataku ze strony służb wrogiego państwa. W aplikacji tej 18 członków administracji amerykańskiej dyskutuje od ataku na obce państwo, w których ostatecznie zginęło ponad 50 osób. Rodzi się pytanie, na które zresztą chyba znana jest odpowiedź: czy w innych sprawach taka sama droga komunikacji jest stosowana? Tak. Czy urzędnicy nauczą się na swoim błędzie? Nie. Dlaczego? Bo dzięki tej formie komunikacji mogą ominąć przepisy o dostępie do informacji publicznej, które nakazują rejestrowanie właściwie całej komunikacji odbywającej się wewnątrz amerykańskiego rządu – coś czego w przypadku takim jak atak na Hutich Vance i reszta chcieli uniknąć, bo atak bez zgody Kongresu jest, jakby to ująć delikatnie, nielegalny.
To co się wydarzyło można podsumować w kilku określeniach: po pierwsze zaproszenie Golberga to absolutna kompromitacja doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego, który nie tylko naraził powagę urzędu, ale teoretycznie mógł narazić operację na niepowodzenie. Powinien odejść ze stanowiska, co raczej nie jest spodziewane. Po drugie okazuje się, że członkowie administracji omijają przepisy i nie zauważają niebezpieczeństwa swoich działań, łamiąc prawo zapewne już wielokrotnie, najpewniej od początku aktualnej administracji. Po trzecie i ostatnie: ta sytuacja powinna zakończyć dyskusję o mailach Hilary Clinton. Obydwie strony nie dochowały ostrożności, mówiąc eufemistycznie. Obydwie zostały na tym złapane. Obydwie powinny zamilknąć.
Nie wiem dlaczego, ale mam jakieś niemożliwe do opanowania przeświadczenie, że Republikanie nie zamilkną. Róbcie screeny 😉
Dodaj komentarz