FILM Komiks Magazyn Podsumowania / Topki Seriale 

Watchmen zebrał w sobie wszystko, co najważniejsze w 2019 roku

Rok 2020 rozpoczęliśmy z hukiem, do polskich kin nareszcie dotarły Koty, a na twitterze dominuje hasztag związany z III Wojną Światową. Przez poprzednie dwanaście miesięcy też sporo się działo, a dla mnie wisienką na kinowo-serialowym torcie była adaptacja Watchmen w reinterpretacji Damona Lindelofa. Serial HBO pośrednio wyraża i komentuje mnóstwo przemian w popkulturze, i zdaje mi się, że w ogóle wpisuje się w nasz paranoiczny Zeitgeist. To taka soczewka, która skupiła w sobie tarcia i napięcia wewnątrz kina komercyjnego, jak i artystycznego tego roku. Postaram się pokazać, jak wiele motywów z kinematografii AD 2019 przewinęło się w Watchmenach, jak bardzo ten serial czuł puls gniewów i lęków pokrewnych wielu produkcjom z całego świata. Już sam fakt, że zaczęliśmy lata dwudzieste od myślenia o trzeciej wojnie światowej wydaje się złowieszczym nawiązaniem do centralnego dylematu znanego z komiksu Gibbonsa i Moore’a.

  1. Przewrotka gatunkowa

Jeśli miałbym wybrać jeden najważniejszy proces, który zaszedł w branży filmowej tej dekady, to zapewne byłaby to rosnąca popularność kina komiksowego, i rosnąca dominacja Disneya nad całym rynkiem. Nie byłbym w tym twierdzeniu zbyt odkrywczy: na łamach Ekranów Marcin Adamczak stwierdza podobną rzecz w swoim artykule pt. “Hollywood: Prawdziwa dekada Disneya”, gdzie pisze: „Nigdy wcześniej dominacja jednego studia nad pozostałymi nie byłą tak wielka i nigdy żadne studio wielkiej szóstki nie przejęło dobrze prosperującego podmiotu innej grupy [mowa tu o zakupie Foxa]”

Z kolei w najnowszym magazine Sight and Sound krytyk, dokumentalista i popularyzator kina Mark Cousins napisał poruszający list otwarty do CEO Disneya, Boba Igera. Najbardziej zapadają w nim w pamięć takie słowa: “Nie potrafię sobie wyobrazić bycia tobą. Jestem twórcą filmowym będącym na marginesie kina, stoję u stóp Wezuwiusza. Ty zaś jesteś wulkanem, poruszycielem i wzburzaczem ziemi”. Ta metafora, choć odnosi się do potencjału Disneya w zmienianiu rynku masowej rozrywki, ma także ukrytą drugą przesłankę. Na wybuchy wulkanu nikt nie może wpłynąć, i często jesteśmy po prostu skazani na jego łaskę i kaprysy. W starciu z takim korporacyjnym molochem jak studio Myszki Miki nie mają szans niezależne kina – ale to temat na osobny artykuł, więc pozostawię tutaj tylko to.

.

Największe ryzyko związane z hegemonią Disneya jest takie, że patrząc na jego strategię produkcyjną na następne lata, otrzymamy wiele kopii tego samego, czyli remake’ów, rebootów i sequeli  do historii już nam znanych. Społeczeństwo nie składa się jednak tylko z inżynierów Mamoniów, i choć widzę choćby w filmach Marvela mnóstwo potencjału do opowiadania świetnych historii (dowodem Czarna Pantera), to jednocześnie nie mogę oprzeć się wrażeniu, że kulturze nigdy na dobre nie może wyjść bycie zdominowaną przez jedno wielkie korpo.

Gwiezdne Wojny: Skywalker. Odrodzenie, 2019, reż. J.J. Abrams

Tylko trochę mądrzejszy ode mnie Baudrillard pisał już w latach siedemdziesiątych, że zachodni imperializm oparty jest właśnie na procesie disneifikacji – na utracie unikalności i podmiotowości poszczególnych krajów; na niezdolności do tworzenia własnych narracji; na sparodiowaniu tego, co lokalne; i w końcu, na poddaniu  się amerykańskiej hegemonii.[1] Niczego odkrywczego tutaj nie podkreślam, jednak warto przypominać sobie tę analizę za każdym razem, gdy będziemy trywializować ryzyka wiążące się z rosnącą władzą Disneya.

W końcu, w 2019 roku doczekaliśmy się zamknięć wielkich franczyzowych narracji – koniec z Grą o Tron, Gwiezdnymi Wojnami oraz marvelowskimi Avengersami (no, w każdym z tych przykładów oczywiście nie do końca, zabawa w zarabianie pieniędzy przecież nigdy się nie kończy, a każda z tych marek już szykuje jakieś formy kontynuacji). W ostatnich miesiącach tego dziesięciolecia dostaliśmy serial, który z tą popkulturową strukturą wchodzi w dialog, podminowując wiele jego podstawowych założeń.

To był przydługi wstęp do argumentu dosyć prostego. Watchmen Damona Lindelofa wymierza kopniaka w ten zbyt homogeniczny mainstream reinterpretując kino superbohaterskie w realistycznym duchu. Moce herosów w tym serialu nie biorą się z kryptonitu, daru od boga Odyna, czy innych nadprzyrodzonych źródeł. Zamiast tego, oglądamy na ekranie ikonoklazm w czystej postaci. HBO oferuje nam przecież wizję pełną rednecków poprzebieranych w szmaty i atrapy czegoś, co mogłoby wyglądać jak strój herosa i bożyszcza mas. To dystopijny obraz świata, którego wiarygodność nie zostaje złamana przez nadmierną komiksowość. Ba, komiksowość, (a nawet snyderowość) zostaje wręcz w różnych scenach sparodiowana. Serial miesza jednocześnie tony, gatunki, wplata w to konwencje kronik filmowych, czy reklam – świat Watchmenów to świat sklejony z telewizyjnych i holograficznych obrazów, z rzeczywistości odbitej w szkle, celuloidzie czy cyfrowej matrycy.

Serialowe wydarzenia kontronują widza z prowokacyjnymi pytaniami, droczącymi się z marvelowsko-disneyowską fasadą: „co, jeśli ludzie skrywający swoją tożsamość za maską niczym nie różnią się od zwykłych bandziorów? jeśli ich akty rzekomego superbohaterstwa nie są niczym innym, jak samosądami? a może ci, których gloryfikujemy są tak naprawdę godni napiętnowania za używanie przemocy do wprowadzania porządku? w końcu, może superbohaterowie to po prostu narzędzia do uspokajania krytycznych i buntowniczych głosów w społeczeństwie?” Przyznać należy, że mamy tu do czynienia z obrazoburczymi myślami w obecnym popkulturowym klimacie, zdominowanym przecież przez idealizowanych bohaterów z pelerynami. Świetnie podsumowuje to cytat z samego serialu, kłujący choćby w Marvelowską oporność we wprowadzaniu różnorodności wśród aktorów: „biali ludzie w maskach to bohaterowie, czarni ludzie w maskach… są straszni”.

Co ważne, serial wtóruje tutaj ideom znanym już z komiksowego pierwowzoru. Muszę się jednak przyznać, że sam nie miałem okazji jeszcze przeczytać tej kultowej serii. To tak na marginesie wielka zaleta produkcji HBO – oglądanie serialu nie wymaga bowiem znajomości całego kanonu Watchmenów. Ujmująca jest jednak dezynwoltura, z jaką pruderyjna, superbohaterska mitologia spod znaku Disneya zostaje sparodiowana, choćby w drobnej scenie z odcinka szóstego, gdzie maska mająca skrywać tożsamość herosa zamieniona zostaje w erotyczne akcesorium.

Cieszę się, że taki komiksowy rewizjonizm został przeprowadzony akurat przez Lindelofa, czyli człowieka, który zbudował swoją złą reputację na wsadzaniu kija w mrowisko przy tworzeniu Prometeusza. Pojęcie fanserwisu to w ostatnich latach słowo klucz, jak pokazały chociażby ostatnie Gwiezdne Wojny. Choć wszyscy konsumenci popkultury mają, lub powinni mieć, świadomość tego, że fanserwis nie jest dla nich niczym dobrym, to jednak spotykamy się z tym na każdym kroku. Fandom, nawet taki w polskim wydaniu, opisany przez Tomasza Pindela w Historiach fandomowych, to siła, z którą studia muszą się liczyć. Obecnie twórcy są niejako zakładnikami tej dychotomii pomiędzy fanami, a krytykami. Nakręć coś dla fanów – zostaniesz zjechany w recenzjach za fanserwis, stwórz coś zrywającego ze sztywnym mitologicznym modelem danej franczyzy (vide Ostatni Jedi Riana Johnsona), szykuj się na wiadra pomyj wylewanych przez wściekłych fanów na twitterze i reddicie. O takiej pułapce konformizmu pisał Richard Flanagan w tegorocznej Pierwszej osobie:

“Chcesz być jak pies, którego wszyscy lubią, nie znajdziesz jednak na świecie takiego psa, którego ktoś nie miałby ochoty kopnąć albo zabić”

Watchmen Lindelofa byłby więc kundlem, któremu wszystko jedno, czy ktoś go kopnie, czy nie. Dużo tu prowokacyjnych zabiegów, wywracania na nice komiksowych konwencji, a nawet dialogu ze współczesną polityką. W końcu, serial HBO pisze przecież alternatywną historię Stanów Zjednoczonych, podążając za pomysłami komiksowego pierwowzoru autorstwa Alana Moore’a i Dave’a Gibbonsa.

II.        Uchwycenie ducha globalizacyjnych przemian

Komiks z lat osiemdziesiątych w silny sposób wyrażał lęki amerykańskiego społeczeństwa tamtego okresu, a także reinterpretował historię uprawiając pewien narracyjny taniec z czytelnikiem. Serial HBO również staje w szranki z problemami i traumami współczesności. Na telewizyjnym ekranie widzimy więc wydarzenia nawiązujące do ruchu “Black Lives Matter”, igrające sobie z paranoją po 9/11, czy, co najważniejsze, z niewolniczym dziedzictwem USA.

Jeśli komiksowa historia opowiadała o zimnowojennych napięciach i próbie uniknięcia trzeciej wojny światowej, tak ciąg dalszy w interpretacji Lindelofa zmierza w stronę bardziej globalizacyjną. Największymi aktorami na scenie politycznej serialu nie są bowiem Stany i Związek Radziecki, lecz korporacje transnarodowe. Choć dla niektórych będzie to obserwacja oczywista, to jednak ciekawym jest, jak poprzez porównanie tych dwóch tekstów kultury widać jaką drogę przeszliśmy – od sporów o to, czy komunizm jest fajniejszy od kapitalizmu, do konfliktów o to, którzy członkowie elit zagarną więcej z globalnych dóbr.

Ten motyw w kinie 2019 roku zauważył również Marcin Stachowicz w swoim artykule „Pożreć bogatych”. Krytyk zauważa w tekście, jak produkcje tak różnorodne jak Joker czy Parasite mierzą się z podobnymi motywami, i jak bohaterowie tych tytułów używają przemocy do ekspiacji swoich frustracji związanych z klasowymi nierównościami. Choć Stachowicz skupia się jedynie na dwóch najgłośniejszych filmach tego sezonu, to do tej grupy tytułów dodać można jeszcze kilka pozycji z Na Noże Riana Johnsonsa i Bacurau Klebera Mendonçy Filho na czele.

Joker, 2019, reż. Todd Philipps

Watchmen stanowi wręcz postscriptum do takich narracji, przedstawiając (w komiksowo-przesadzonej konwencji) zepsutych przedstawicieli „jednego procenta” uciekających się do brutalności i manipulacji, by osiągnąć swe cele. Innym ciekawym wątkiem w kinie, który miał również swoje odbicie w Watchmen, był ten konspiracyjno-śledczy. Scott Z. Burns miał swoje pięć minut, gdyż w tym roku oprócz regularnej współpracy ze Stevenem Soderberghiem przy Pralni nakręcił też własny Raport. Przygnębiającą cechą obu tych filmów jest z pewnością poczucie, że by nadążać za współczesnym światem człowiek musiałby patrzeć zbyt wielu ludziom u władzy na ręce.

Choć o serialu Watchmen pisze się, że jest dystopią, to jednak sporo w nim elementów z zupełnie innego, utopijnego bieguna. Co najważniejsze, wymazany został zupełnie lęk ekologiczny – w uniwersum Lindelofa wszyscy przemieszczają się pojazdami elektrycznymi, a energia czerpana jest z atomu, a nie soli ziemi czarnej. To zmiana dokonana po cichu, w samym serialu za bardzo nie jest ona poruszana, choć chyba każdy z nas wolałby żyć w świecie, który nie stoi na krawędzi zagłady. Tak naprawdę pośród tegorocznych blockbusterów tylko Godzilla 2 mierzyła się z tym zagadnieniem. No, było jeszcze Toy Story 4. Jest to w zasadzie temat na osobną rozprawę, niemniej frustrującym jest to, jak kryzys klimatyczny wciąż pozostaje nieobecny we wszelkich narracjach głównego nurtu.

III. Ludzie biorący sprawy w swoje ręce

Tak jak w swoim wcześniejszym serialu, Pozostawionych, Lindelof przygląda się zbiorowej traumie oraz temu, jak grupowe cierpienie odciska swoje piętno na społeczeństwie.Stany Zjednoczone w Watchmen to, tak jak te Stany, którym przewodzi Donald Trump, kraj pełen sprzeczności. W serialu bowiem z  jednej strony Afroamerykanie doczekali się reparacji za niewolnictwo, z drugiej za sznurki w Tulsie pociąga „Siódma Kawaleria”, czyli ideologiczni spadkobiercy KKK. Te napięcia i historyczne rysy na społeczeństwie z czasem fermentują wytwarzając świat pozbawiony większej hierarchii, z władzą bez autorytetu, i z obywatelami czującymi, że muszą o swoje walczyć. “Wiesz, jak rozpoznać zamaskowanego policjanta od samozwańczego stróża prawa?” – pyta grana przez świetną Jean Thomas agentka FBI – “ja też nie.”

Wątek poszukiwania sprawiedliwości przy użyciu własnej broni był, co chyba nikogo nie zaskoczy, bardzo prominentny w zeszłorocznym kinie. Oprócz radzenia sobie z małymi (a czasem wielkimi) apokalipsami w To my, Midsommar czy nawet w nieszczęsnym Truposze nie umierają, sporo było gatunkowego rozlewu krwi z genialnym Johnem Wickiem 3 na czele. Patrząc na literackie dokonania, to nawet Michel Houllebecq w swojej tegorocznej Serotoninie zamieścił wątek współczesnego szlachcica próbującego odzyskać swoją godność poprzez przeprowadzenie chłopskiej insurekcji.

IV. Rozciaganie materii filmowej

Najlepszą rzeczą, jaką w tym roku widziałem było Żegnaj, mój synu Wanga Xiaoshuaia. Chińska melodramatyczna opowieść rozpisana na kilka pokoleń przytłacza przede wszystkim skalą swojej narracji. Systemowe i mentalnościowe przemiany stanowią główny temat tego filmu, w którym jednostki mierzą się z ogromną machiną dziejową, a do ich prywatnego życia zagląda zewsząd wielka polityka. W ogóle, jeden z najciekawszych współczesnych ruchów w kinie, czyli chińska Szósta Generacja (zwłaszcza Jia Zhangke) zajmuje się właśnie próbą uchwycenia tych dynamicznych przemian w kraju który już, albo w nieodległej przyszłości, będzie dominował nad naszym łez padołem. Pogłosek o tym mamy oczywiście wiele od lat, niemniej bardzo przekonująco pisał o tym ostatnio Kishore Mahbubani w swojej drobniutkiej książeczce Has the West Lost it?

Żegnaj mój synu, 2019, reż. Wang Xiaoshuai

Jeśli w Chinach dochodzi do ogromnych zmian dziejowych, a historia pędzi tam na złamanie karku, to Watchmen pokazuje, jak pewne rzeczy w USA stoją w miejscu od stuleci. Postać grana przez Dona Johnsona jeśliby występowała u Jordana Peele’a powiedziałaby, że „głosowałaby na Obamę po raz trzeci, gdyby mogła”. Większość serialowych wydarzeń ma miejsce w prowincjonalnej Tulsie w stanie Oklahoma. Niby zadupie, a jednak miejsce, które nagle znajduje się w absolutnym sercu światowych wydarzeń. Choć rzeczywistość Watchmenów jest narracją alternatywną do naszej historii, to jednak punktów stycznych jest całkiem sporo. Tym najważniejszym jest oczywiście rasizm, który nigdy do końca nie został z amerykańskiego psyche wymazany. Najwybitniejszy odcinek szósty stanowi postpamięciową formę kroniki rodzinnej, rozciągającą jak gumę chronologię wydarzeń, dodając pokolenia i nadając serialowi rangę eposu zderzającego się z kawałem historii narodu.

Dużo tutaj niebezpiecznych igraszek choćby z mieszaniem tożsamości różnych bohaterów, zmienianiem ich etniczności czy koloru skóry względem komiksowego oryginału. Otwierająca sekwencja serialu odtwarza masakrę Tulsy z 1921 roku, w której tłuszcza białych mieszkańców dokonała linczu na dzielnicy zamożnych Afroamerykanów. Lindelof zaczyna od wybuchu, od razu dając widzowi do zrozumienia, że to nie będzie typowa komiksowa adaptacja zapewniająca nam przyjemność z eskapizmu i zanurzenia się w świecie odległych nam problemów.

Pod powłoką kostiumów i lateksu skrywa się nie tylko historiozoficzna refleksja (co by było, gdyby USA wygrały wojnę w Wietnamie, Nixon nie podał się do dymisji, a energię świat czerpałby z atomu), ale i polityczna krytyka, której w ugrzecznionych produkcjach Marvela kompletnie brak. Taka sytuacja znalazła również swoje odzwierciedlenie w reakcjach widzów (53% na Rotten Tomatoes). Bardziej erudycyjni złośliwcy wytykali Lindelofowi, że ten naczytał się Ta-Nehisiego Coatesa i teraz będzie walczył z rasizmem w swojej produkcji. Watchmen oskarżano także o bycie „zbyt woke”, co jest oczywiście ironicznym znakiem naszych czasów, że określenie serialu mianem świadomego politycznie stanowi rzekomą obelgę.

Mural upamiętniający masakrę w Tulsie z 1921 roku

Innym, już dużo celniejszym zarzutem, jest ten oferowany przez Vieta Thanha Nguyena, autora świetnego Sympatyka. Pisarz zauważa w swoim artykule dla Washington Post, że odcinek, którego serialowi zabrakło, to taki w stu procentach osadzony w Wietnamie, przyglądający się temu, na co Amerykanie naprawdę nie lubią patrzeć – cierpieniu spowodowanemu przez nich samych. Jeśli spoglądamy na niewolniczo-rasistowskie dziedzictwo USA, to dlaczego mielibyśmy odwracać wzrok od ofiar imperialistycznych zakusów?

Co ciekawe, Lindelof swoją narracją sprawia, że widz tak naprawdę do finałowych odcinków nie zdaje sobie sprawy z tego, o jaką stawkę toczy się rozgrywka. Plany czasowe są mieszane – to, co dzieje się w Tulsie to na oko parę tygodni, zaś wątek Ozymandiasza/Adriana Veidta (rewelacyjny Jeremy Irons) wiodącego żywot na zesłaniu to ładnych parę monotonnych lat. Do tego, serial pełen jest wizualnych rymów, obrazy i przebłyski składają się w szczegółową układankę, której rozwikłanie przez widza jest niemal niemożliwe – w końcu Lindelof w każdym odcinku zmienia nieco zasady gry.

V. Trzeba stłuc jajka, żeby móc usmażyć omlet

Watchmen to fascynujący, postmodernistyczny, a jakże, kawał popkultury, która przygląda się sobie samej. Chciałbym dostawać więcej takich historii, w których bohaterowie mierzą się ze swoim historycznym (ale także genetycznym, etnicznym, czy politycznym) dziedzictwem. Dla kontrastu, finał Avengers: Koniec gry miał przecież miejsce w kosmosie, na bliżej niezidentyfikowanej planecie. Dalej od problemów naszego świata raczej się nie dało.

Lindelof w wywiadach zarzeka się, że raczej, a przynajmniej obecnie, nie zamierza powracać do serialu. Historia, którą miał, została opowiedziana, i można teraz przekazać pałeczkę innemu showrunnerowi. Takie podejście w sposób podobny do zeszłorocznego Maniaca udowodniło, że to, czego potrzebujemy to nie gargantuiczne narracje ciągnięte latami, lecz spójne historie , które wiedzą, kiedy mają się skończyć.

Napisałem 2,500 słów o Watchmen, i jakimś cudem wciąż nie wspomniałem o soundtracku Trenta Reznora i Atticusa Rossa, więc zrobię to teraz: jest absolutnie genialny.


[1] Baudrillard, Jean, Symbolic Exchange and Death, tłum. Iain Hamilton Grant, Sage, London, 2017, s. 12.

Related posts

Leave a Comment