FILM Magazyn Netflix Recenzja 

Małe wzruszenia – recenzja “Zgubiłam swoje ciało”

Czasami wystarczy jeden zaskakujący pomysł, by film zwrócił na siebie uwagę – Jérémy Clapin, reżyser “Zgubiłam swoje ciało” wie o tym bardzo dobrze. Koncept dłoni uciekającej z lodówki na organy w poszukiwaniu swojego właściciela jest rzeczywiście osobliwy i nie pozwala przejść obok filmu obojętnie. Sam pomysł jednak nie wystarczy – na szczęście autor filmu wiedzą również o tym.

Wspomniana wcześniej dłoń należy do Naoufela – młodego paryżanina pracującego jako dostawca pizzy, który to traci ją w wyniku tajemniczego wypadku. Film zaczyna się w momencie, gdy oddzielony już od właściciela organ wyłazi z lodówki na swoich pięciu palcach, przypominając przy tym niezgrabnego – w końcu dopiero uczy się chodzić – pająka. Dłoń przemierza miasto w poszukiwaniu chłopaka, wiedziona niesprecyzowanym instynktem, niczym przywiązany do swego pana pies. W filmie pojawi się zresztą jeszcze więcej zwierząt, niż w powyższych zdaniach – dłoń na swojej drodze spotka zarówno szczury ze stacji metra, gołębia żyjącego na jednym z dachów, jak i psa przewodnika ganiającego za piłką po zamarzniętym parkowym stawie. Miasto zwiedzimy wzdłuż i wszerz, zaglądając w przeróżne zakamarki – parki, dachy, czy mieszkania. Podróż po Paryżu, w jaką zabiera nas reżyser, jest naprawdę zróżnicowana – chciałoby się jednak, aby była bardziej treściwa. Większość miejsc, jakie zwiedzamy razem z dłonią, jest tylko chwilowymi przystankami, które nie dają widzowi żadnych dodatkowych informacji ani emocji. Niestety, trudno oprzeć się wrażeniu, że potencjał tego świetnego pomysłu nie został w pełni wykorzystany.


Nie samą dłonią film Clapina jednak stoi – sekwencje podróży przez Paryż przeplatane są scenami z życia Naoufela przed wypadkiem, a także retrospekcjami z jego dzieciństwa. Mimo aż trzech planów czasowych, film w żadnym momencie nie staje się niepotrzebnie zagmatwany, a fabuła nie wychodzi poza kameralne ramy nawet, gdy uderza w egzystencjalne tony. Właśnie ta bezpretensjonalność stanowi największą siłę “Zgubiłam swoje ciało”. Sceny zwykłych wzruszeń kontrastują z prozą życia bohatera, tworząc przy tym mieszankę o poetyckim wręcz charakterze. Spora w tym zasługa muzyki Dana Levy’ego, świetnie podkreślającej zarówno wielkomiejską melancholię, jak i radosne wzruszenia. Film buduje historię powoli, dając widzowi zanurzyć się w mikrokosmosie Naoufela i odczuć targające nim zagubienie. Mimo dużego nagromadzenia goryczy – oprócz urwanej dłoni pojawia się tu tragedia rodzinna – opowieść nie wpada jednak w przygnębiające tony. Wręcz przeciwnie – początkowy smutek jest tu kontrowany szczerą miłością życia.

“Zgubiłam swoje ciało” swoimi ślicznymi, rysowanymi kadrami opowiada bardzo skromną, lecz dobrze skonstruowaną historię. Mimo, że w pewnych aspektach zawodzi, na pewno warto dać mu szansę. Film ten, pełen nadziei i delikatności, dostarcza na nasze ekrany dużą dawkę człowieczeństwa.

Ocena: 7/10

Film dostępny jest na Netflix pod tym adresem.

Related posts

Leave a Comment