FILM Magazyn Recenzja 

O nauce bycia razem – recenzja ‚Eden’

Filmowe teksty ubrane w perfekcyjnie skrojone, ascetyczne szaty i wskazujące na pewien odwrót od naturalnej, ontycznej jedności gatunku ludzkiego lub podważające dzisiejszy sposób funkcjonowania społeczeństw, bywają pigułką ciężką do przełknięcia, czego świadectwem alienacyjna tetralogia Antonioniego, chociaż to enigmatyczne określenie w najmniejszym stopniu nie wyczerpuje charakteru jego ponadczasowych dzieł. Nie inaczej jest w przypadku Edenu, którego chłodna estetyka, precyzyjnie skomponowane kadry i minimalizm akcji oraz dialogów wyłaniają się na pierwszy plan, a wokalna introspekcja ustępuje pola wizualnej narracji.

Nieprzypadkowo zestawiam dzieła włoskiego reżysera z nowym filmem Ágnes Kocsis, która wraca na po dziesięciu latach przerwy i krytycznym sukcesie Pal Adrienn (2010, Á. Kocsis), nagrodzonym w sekcji Un Certain Regard festiwalu w Cannes. Główną bohaterką węgierskiego obrazu jest Eva (świetna Lana Baric), która cierpi na specyficzną przypadłość, alergię niemal na wszystkie bodźce nienaturalne, modernistyczne, związane z nowoczesnym światem. Niczym zwierzę w akwarium, jej życie ogranicza przestrzeń sterylnego mieszkania, wypełnionego kanciastymi obiektami codziennego użytku. Ich metaliczny połysk oddaje obojętność kobiety, do której doprowadziło życie w odosobnieniu. Poza opieką zmęczonego brata i wycieczkami na badania w specjalnym kombinezonie, odbywające się w klinice o równie sztucznym wystroju, Eva nie ma kontaktu z drugim człowiekiem. Ten stan wydaje się boleśniejszy wraz z odkrywaniem kiedyś radosnej, lecz teraz stłamszonej osobowości kobiety. Dopiero pojawienie się terapeuty, wynajętego przez wielką korporację, by udowodnić psychiczne podłoże choroby, wprowadza nadzieję i powiew świeżości do czterech kątów bohaterki.

W tym miejscu wychodzi na jaw inspiracja postacią Giuliany z Czerwonej pustyni (1964, M. Antonioni), która również cierpi na niewytłumaczalny ból egzystencjalny, tworzący dysonans między nią a pędzącym w stronę technicznego postępu światem. Ona również wchodzi w relację z mężczyzną, który tę opozycyjną stronę reprezentuje, ale pod wpływem uroku lub czystej ciekawości wyraża zainteresowanie ekscentrycznym zachowaniem postaci granej przez Monikę Vitti. Podobieństwa sięgają dalej. Chociażby obserwatorium, jako miejsce spotkania, pojawiające się w obu filmach lub manualne zdolności Evy, które wyrażają się w rzeźbiarstwie, ewokując neurotyczne i kompulsywne zachowanie wobec przedmiotów wszystkich bohaterek włoskiej aktorki.

Za takowe można w Edenie uznać metalowe karty do gry w pary, symbolizujące jedną z głównych idei filmu i życiowe credo jego bohaterki, wyrażone wprost podczas sesji z Andrasem (Daan Stuyven): „Mówi się, że trzeba się nauczyć być samemu. To bez sensu, bo jak się tego nauczymy, to już nikogo nie będziemy potrzebować i nie będziemy tracić energii na związki. Ludzkość raczej trzeba nauczyć być razem”. Pomijając głęboki wydźwięk tej myśli, jeśli polskie tłumaczenie jest poprawne, perfekcyjnie oddaje także różnicę między życiem razem i byciem razem, co w filmie wybrzmiewa kilkukrotnie przez zwrócenie uwagi na odrębność sfery seksualnej i emocjonalnej.

Film Kocsis charakteryzuje niesamowita dawka humoru, być może nieoczywistego, bo ukrytego w subtelnych absurdach dnia codziennego, który na kanwie surowej scenografii przypomina obrazy Roya Anderssona i zaczyna ujawniać się, kiedy bohaterka wraca do zdrowia. Równolegle do konstruowania przez Evę ludzkiej sylwetki z blaszanych prętów, ona sama odbudowuje własne ego, ponownie odkrywa przyjemność z bycia kobietą, odnajduje komfort w adopcji żółwi o komicznych imionach i coraz częściej się uśmiecha. Zwieńczeniem procesu jest scena odwiedzin córki terapeuty, odbywająca się w atmosferze ciepła oraz z kompletną rzeźbą w tle.

Drugoplanowy wątek córki jest elementem, który porusza najmocniej, dzięki unikaniu zbędnej dramatyzacji i popadania w nadmierną ckliwość. Moment, w którym mała Liza (Maja Roberti) pozwala odejść wyobrażonej maskotce i oddaje się w opiekę wcześniej zdystansowanego ojca jest głęboko poruszający. Scena działa tak silnie ze względu na wszystkie okruchy ich relacji pozostawione po drodze czasu ekranowego, zaczynając od osamotnionej figury Andrasa na tle pustego lotniska. Można wyjść z tezą, że to jego alienacja wynikała z problemów psychicznych, a nie Evy.

Tytuł filmu oraz imię głównej bohaterki sugerują biblijną symbolikę, ale nawet nie wchodząc w rozważania natury teologicznej, które pewnie wspierałyby interpretację ukierunkowaną na poszukiwania raju lub jego ograniczenia, Eden w swoich 153 minutach dostarcza gęstego pożywienia dla myśli i wzroku, zachęcającego smakiem do wielokrotnego kosztowania. Ágnes Kocsis potwierdza tym dziełem swoją wrażliwość i słuszność pewności siebie w doborze środków wyrazu.

Ocena: 9/10

Related posts

Leave a Comment