Bez kategorii FILM Magazyn Recenzja 

Pierwsze Koty za płoty – recenzja Cats

Pierwsze koty za płoty, jak mówi stare polskie przysłowie, które idealnie wpisuje się w noworoczną atmosferę seansu nowego filmu Toma Hoopera (Les Miserables, Jak zostać królem). Koty bowiem, nie są produkcją udaną i śmiało można je przerzucić na drugą stronę ogrodzenia. Niech biegną w swoją stronę. Dom gdzieś na pewno znajdą, bo byłem świadkiem bardzo wzruszonych ludzi, którym materiał źródłowy musiał być bliski sercu i podobnie jak fani Queen znaleźli w Bohemian Rhapsody jakieś walory artystyczne i rozrywkowe, tak i oni potrafili czerpać radość z perypetii śpiewających czworonogów prezentowanych na ekranie. To albo jeszcze nie wytrzeźwieli po sylwestrowej imprezie. Hollywoodzka adaptacja jednego z najpopularniejszych musicali wszech czasów nie jest jednak tak zła, jak pierwotnie straszyli nas amerykańscy dziennikarze, demonizując wręcz całość kinowego doświadczenia. Za płoty – owszem, do wora i do jeziora – niekoniecznie.

Z góry zaznaczam, że nigdy nie widziałem musicalu Koty, za którego skomponowanie odpowiada Andrew Lloyda Webber, a autorem libretta jest Trevor Nunn – nie w teatrze, nie w formie transmisji telewizyjnej, ale zaznajomiony z formułą przy okazji chociażby Nędzników lub zbliżonych scenograficznie i aktorsko oper klasycznych, jestem świadomy, że sama ta formuła właśnie może odstraszyć widza. Powiedziałbym, że jest to dość wierne przeniesienie doświadczenia teatru muzycznego do medium filmu i traktowanie tego, jako zarzut jest nie na miejscu. Jest to pewna koncepcja opowiadania historii i można być jej entuzjastą lub nie, ale atakowanie jej wydaje się bezcelowe.

Osią fabuły jest jeden wieczór w Londynie, podczas którego okoliczne koty zbierają się na magiczny bal wyprawiany przez kocią Wyrocznię (Judi Dench). Podczas imprezy każdy z nich ma okazję zaprezentować jej swoją osobę poprzez występ artystyczny, taneczno-wokalny, a kiedy konkurs się zakończy Wyrocznia wybierze zwycięzcę. Nagrodą jest podróż w zaświaty i narodzenie się na nowo, prowadząc żywot w wymarzonej postaci i miejscu. I tak, dzięki serii przedstawień i utworów muzycznych, poznajemy bohaterów kociej kompanii – od leniuchów, przez złodziei i czarnoksiężników, aż po banitów i dawne gwiazdy estrady. Część z ich autoprezentacji ma zadanie rozbawić, część poruszyć i ten cel zostaje osiągnięty. Motywem przewodnim jest przemijanie i zmiana ról społecznych w miarę z biegiem lat życia. Młode koty są szalone i myślą chwili obecnej, starsze z nostalgią wspominają swoje lata świetności. Victoria (Francesca Hayward) natomiast pojawia się znikąd. Jest sierotą, a jej głównym celem jest przynależność do tej fantastycznej grupy. Jest świetnym narzędziem narracyjnym, którego perspektywę przyjmuje widz podczas poznawania tego baśniowego świata.

Muzyka jest równie przedziwna, co strona wizualna. Słychać dźwięki zarówno syntezatorów, jak i klasycznej orkiestry. Atmosfera jest utrzymana w tonie jednocześnie tajemniczym, przyziemnym, ukrytym gdzieś za zamkniętymi drzwiami i pod osłoną nocy, ale również bombastycznie kolorowym, pełnym przepychu i blasku. Najsłynniejszy utwór musicalu – Memory, który jest lamentem starej i wyszydzanej przez inne koty diwy Grizabelli (Jennifer Hudson) nad utraconym życiem, niegdyś pełnym szczęścia i sławy, zrobił na mnie wrażenie i udało mu się delikatnie szarpnąć kilka emocjonalnych strun.

Tutaj zalety Kotów się kończą i łatwo zauważyć, że jest to miejsce, w którym kończy się również materiał źródłowy. Jego fanem na pewno nie zostanę, ale ma on ręce i nogi, a może raczej ląduje bezpiecznie na cztery łapy. Cała reszta leży na grzbiecie i kwiczy z bólu.

Jeden powie, że Hooper podjął odważną decyzję, obierając taki kierunek artystyczno-wizualny w charakteryzacji bohaterów i świata przedstawionego. Ja powiem, że tej odwagi mu zdecydowanie zabrakło, a jego wizja jest niekompletna i pozbawiona dobrego smaku. Problemy z grafiką komputerową były widoczne już na etapie zwiastuna i materiałów marketingowych. Zostały dodatkowo podkreślone przez (ewidentnie nieudolną) próbę wydania łatki na krótko przed szeroką dystrybucją filmu i chwilę po seansie przeznaczonym dla branży i krytyków. Czysto technicznie koty wyglądają źle. Ruchy futra są bardzo często niezsynchronizowane z ruchami widocznych części ciała aktorów, co widać najwyraźniej w okolicach ich głowy, a przede wszystkim czoła, które wydaje się żyć własnym życiem, nawiedzone niczym ręce Orlaka. Wszelkie braki w jakości postaci wpływają bezpośrednio na montaż, który mam wrażenie, że stara się jakoś je ukryć przez swoje nieskoordynowane ruchy. Ujęcie, w trakcie którego kamera umieszczona w centrum tanecznego układu obraca się o 360 stopni wygląda jak monochromatyczny obraz rozmazanej na chodniku psiej brązowej kupy nakręcony na taśmie pozbawionej perforacji.

Wracając do braku odwagi Hoopera, tła wyglądają okropnie. Sylwetki się od nich odklejają, mają niemal widoczny obrys, który dzieli je od otoczenia. Wyglądają jak marnej jakości fototapeta, wydrukowana w nieodpowiedniej rozdzielczości i naklejona w pokoju dziecka, które chciało mieć większy plakat ulubionego piłkarza od kolegi z klatki. Albo robi się to perfekcyjnie, albo się w ogóle za to nie zabiera, albo stawia się na praktyczne efekty i wykorzystuje zbudowane gigantyczne scenografie lub robi z nimi coś nowego, oryginalnego. Przywołałem wyżej jeden z filmów Wiene, przywołam kolejny – może wypadałoby zatrudnić kogoś pokroju Hermana Warma (Gabinet dr. Caligari, Męczeństwo Joanny d’Arc), żeby uratować tę katastrofę, gdzie nawet płonące świece żyrandola i lejący się szampan są sztuczne. Co ciekawe, spora część faktycznie była kręcona przy użyciu wielkich atrap i konstrukcji, naprawdę pięknej scenografii. Tym bardziej przykro się robi na myśl, że efekt czyjejś ogromnej pracy został przykryty filtrem rodem z gry komputerowej. Jaki jest cel budowania ogromnych schodów, jeśli nakłada się na nie dywan rodem z Painta?

Kolejny problem ma bardziej naturę estetyczno-etyczną, jeśli mam go ubrać w jakieś zgrabne słówko, a samo słowo “ubrać” ma dla niego znaczenie krytyczne. Z pomocą w jego wyjaśnieniu przychodzi Denis Diderot, który opisując Zuzannę i starców w wersji Lagrenee, pisał w swoich Salonach tak:

Naga kobieta nie jest nigdy nieprzyzwoita, jest nią kobieta rozebrana. Wyobraź sobie Wenus Medycejską i powiedz mi, czy obraża ciebie jej nagość? Ale włóż na jej stopy dwa małe haftowane pantofelki, zapnij na jej kolanie przy pomocy różowych podwiązek białą pończoszkę dobrze naciągniętą; nałóż na jej głowę mały czepeczek, a od razu odczujesz różnicę między przyzwoitością i nieprzyzwoitością: jest to różnica między kobietą, którą widzisz nagą, a kobietą, która się pokazuje.

W Kotach mamy do czynienia z tego rodzaju nieprzyzwoitością na każdym kroku, która momentami zahacza o rejony bardzo niesmacznej, rynsztokowej wręcz i jeśli to możliwe, aseksualnej (w rozumieniu atrakcyjności) erotyki. Bowiem, jeśli koty chodzą w ubraniach, płaszczach, kapeluszach, szalach, biżuterii, to kiedy się ich pozbywają logika podpowiada, że zostają nadzy. W tym wypadku znowu nie pomaga fakt, że tak bardzo widoczny jest w ich sylwetkach czynnik ludzki. W sylwetkach, które są eksponowane wielokrotnie przez zbliżenia na wygięte pośladki i rozwarte krocza.

Koty to film źle zrealizowany i źle przemyślany, ale na pewno nie jest niezrozumiały, co niektórzy mu zarzucali, więc jeśli macie ochotę zapoznać się z treścią musicalu lub treść znacie i chcecie zobaczyć w kinie stare numery w nowym wykonaniu – droga wolna. Sobie życzę, żebym po zasłużonych wakacjach nie musiał już niczego za płot wyrzucać po kolejnych projekcjach filmowych.

Ocena: 4/10

Related posts

Leave a Comment